KRK-WAW-HEL-JFK

July 9th, 2012

5-6 lipca 2012

Pierwszy dzień podróży za nami. Nie było tak źle. Pojechaliśmy do Warszawy. Na drogach było pusto bo do Warszawy nikt na wakacje nie jeździ. Jakkolwiek to nie zabrzmi, w podwarszawskim lesie przeleciałem Magdalenkę (Mysza nie miała nic przeciwko temu). Wcześniej nigdy tamtędy nie jechałem i powiem że raz warto. W zasadzie nawet nie wiedziałem że jestem tam gdzie jestem i trochę dziwiły mnie tabliczki „sprzedam działkę” w środku lasu. Dopiero po chwili okazało się że „w środku lasu” jest pełno nie tyle tabliczek co luksusowych willi, z których każda jest warta przynajmniej milion tabliczek czekolady. Okolica wręcz skłania do przekrętów.

Potem jeszcze tylko nocleg, który jak zwykle oferował dwie opcje: albo cicho, albo zimno i rano taksówka zawiozła nas na „Shocking Airport”.

Jula jako jedyna piszczała dwa razy. Najpierw przy wejściu na lotnisko, bo leciała pierwszy raz a potem na bramkach. Widocznie z przejęcia we krwi wytrąciły jej się jakieś metale, bo nic ze sobą nie miała a mimo to bramka dała głos.

Lot był bardzo miły i typowo europejski. Niecałe dwie godziny, jakiś soczek i wylądowaliśmy w Helsinkach. Jakie są Helsinki? Takie same jak Wiedeń, Monachium czy Frankfurt. Nie wyszliśmy z lotniska więc można się było bawić w „Znajdź różnicę” i chyba z marnym skutkiem. Typowy Fin wygląda jak Muminek albo świnka z Angry Birds, tyle że blondyn. W każdym razie było szybko, miło i bezboleśnie.

Drugi lot nie był już taki szybki jak atak ptaka z Angry Birds ale dziewczyny zniosły go bardzo dobrze. Kiedyś gdy jedyną rozrywką w ciągu lotu była książka (której statystyczny Polak i tak nie potrafił obsłużyć) albo flacha (z tym statystyczny Polak problemu nie miał) lot za ocean był dla Polaków cięższy niż 8 godzinne kazanie na partyjnym wiecu. Dziś w dobie taniej i powszechnej elektroniki można sobie było klikać, słuchać, oglądać i psuć dowolne multimedialne treści na ekranie w zagłówku. Jedynym problemem były dla mnie słuchawki, które odtwarzały dźwięk niewiele lepiej niż dwie puszki po farbie połączone szpagatem.

Maja była grzeczna jeśli pominiemy fakt że godzinę po starcie oblała się kompletnie sokiem a minutę PO lądowaniu na JFK przypomniała nam i fotelowi co w czasie lotu jadła i piła. Generalnie horroru nie było, bo chwilkę później stwierdziła że bardzo lubi latać samolotem i jej się podobało.

A potem zaczęła się Ameryka. I tu mała wtopa bo skończyło nam się picie a kolejka przed przejściem przez bramki była gorsza niż 30 lat temu przed mięsnym. Masakra. Chyba z 1,5 godziny czekaliśmy na odprawę celną. Majka bardzo mocno wyrażała swoje niezadowolenie, Mysza też tylko w bardziej artykułowany sposób. Julce to generalnie zwisało i mi też. Potem parę słów do jakiegoś Johna, „Welcome”  z telewizora i wyszliśmy z lotniska. W sumie mogę szczerze powiedzieć że lot mnie nie zmęczył. Jedyny skutek uboczny jest taki że piszę tego bloga (już u Anki), jest gdzieś między 4 a 5 rano i dotrzymuję Majce towarzystwa. Gdyby zegarek pokazywał dowolną inną godzinę to i tak bym mu uwierzył bo kompletnie nie wiem która tak naprawdę jest.

Przyjechał po nas Michał, dziewczyny posnęły a widoków w drodze z NY do PA w zasadzie nie ma. Ot jedna wielka „Ameryka w budowie”. Na poboczu mnóstwo szkła po stłuczkach, lekki syfek, szerokie ulice i murzyny na stacjach benzynowych. Jak to mówią „szału nie ma”, ale na tej trasie nie był przewidziany.  To tak jakby wymagać żeby krakowski Płaszów miał kogoś mile zaskoczyć. Z braku atrakcji turystycznych (choć np. most Verezano bardzo mi się podobał) zerkałem w lewo i w prawo na znaki żeby nie mieć szoku jak za parę dni wsiądę w wypożyczone auto i sam będę się zmagał z tymi „x-ing”, „shoulder closed”, „lanes switch” i innymi znakami, które z grubsza mówią amerykańskiemu kierowcy że ma oddychać, nie jechać za szybko a najbliższa kawa jest za 5 mil jeśli tylko pojedzie dobrym pasem.

No i tyle z pierwszego dnia. Była jeszcze jakaś kolacyjka, sami swoi i trochę gadek o pierdołach. Dzień był dłuższy o 6 godzin i jakieś 8.000 km. O, w świetliku w suficie pojawiło się światło. Zaczyna się sobota więc czas kończyć wpis o piątku. See You!

150.000 km

June 27th, 2012

Właśnie dziś na Rondzie Grunwaldzkim tyle pokazał licznik Primery.

Pod bażantami

June 17th, 2012

Po wycieczce do Doliny Prądnika zajechaliśmy do ciekawej knajpki, w środku niczego, na zakręcie między Prądnikiem Korzkiewskim a drogą na Olkusz. Miejsce jest dziwne, bo tak naprawdę to jakiś stary dom z drewnianą przybudówką. Kamienisty parking, niewielki szyld. Nie pasowały tylko 2 BMW i 2 Porsche na parkingu i brak miejsca na nasze auto.

A w środku weranda ze stolikami, winogrona i jedna sala z bażantami. Zjadłem eskalopki z ziemniakami i surówką. Niby nic, ale od dziś wiem że eskalopki  bardzo łatwo jest spieprzyć, bo nie wychodzą one w żadnej restauracji innej niż ta “Pod bażantami”. Moi kulinarni towarzysze również rozpływali się nad zawartością swoich talerzy.

Sprawa wyjaśniła się gdy w wolnej chwili podszedłem do ściany ze zdjęciami. Otóż restaurację prowadzi starszy, bardzo miły pan. Ma już około 90 lat. Zapytał czy nam smakuje, jak wychodziliśmy to przyniósł kapelusz który Maja zgubiła pod stołem. Niby nic, ale od dziś wiem że ten starszy pan przez lata był szefem kuchni Hotelu Francuskiego…

Jeździć w kaskach jednak trzeba

June 17th, 2012

Julka wywaliła się dziś na rowerze w Dolinie Prądnika. Zakręt, z górki, grupa ludzi na zakręcie i rozsypana hasza na asfalcie.

Kask wgniecony, obdarta (choć lekko) każda noga i ręka. Najgorzej że niestety zaryła zębami w ziemię i 1mm jedynki jej się ukruszył. Podobno te “zębatki” które dzieci mają na szczycie jedynek z czasem się ścierają i wyrównują i jakoś się to wyrówna. Mam tylko nadzieję że samemu zębowi nic się nie stało… bo wtedy byłoby nieciekawie. Jutro na wszelki wypadek podejdziemy do naszego dentysty się skonsultować.

Czeski błąd

June 17th, 2012

Wczoraj Polska drużyna zakończyła udział w EURO 2012.  Znów nie wyszliśmy z (gr/d)-upy. Ja się właściwie piłką nie interesuję, oglądam może z 1 mecz w roku i w sobotę  wyczerpałem zapas na najbliższe 2,5 roku. Choć sam finał może obejrzę.

Ale wracajmy do tematu. Widziałem pierwszy mecz z Grecją, bo był pierwszy i należało go obejrzeć. Nawet mi się podobał, uczyłem się nazwisk naszych piłkarzy. Greckich się nie uczyłem bo i tak wszyscy się nazywają Kopulos albo Pokopulos. Widziałem też drugi z Rosją, bo to była wojna polsko-ruska pod flagą fioletową i należało go obejrzeć. Podobało się kilkanaście pierwszych minut i rozdzielczość Full HD. Widziałem też ten trzeci, bo był o wszystko i należało go obejrzeć. Podobało mi się pierwsze 20 minut. Potem jak wiadomo wszyscy liczyli na “Czeski błąd”. I był, tyle że nie po tej stronie boiska. Najgorzej było jak po golu czechów w siedemdziesiątej którejś komentatorzy mówili że jeszcze możemy wygrać, jeszcze mamy dużo czasu itp. Dopiero na pięć minut przed końcem zmienili zdanie…

Z polskiej sztuki ludowej to zamiast “Koko, koko Euro spoko” bardziej mi do naszych występów pasuje lodowe przysłowie “Myślał kogut o niedzieli a w sobotę łeb mu ścieli”…

Żeby nie było, jestem świadomy że polska piłka częściej leży niż się toczy i mimo wszystko uważam że Smuda zrobił wiele, bo przynajmniej raz przełamał scenariusz kończący się zwykle meczem o honor. Ale tak się zastanawiam jak my na tym całym EURO wyjdziemy. Z grupy nie wyszliśmy. Autostrady nie wyszły (wiem, wiem, kiedyś będą i napewno o tym z radością napiszę). Stadiony niby pobudowane, ale skoro piłki “nie ma” a na stadionach nie ma bieżni lekkoaletycznej, to trochę odłogiem postoją.  Firmy które budowały autostrady pewnie myślały że Pana Boga za nogi złapały, bo przecież EURO zawsze rozkręca gospodarkę. A tymczasem bankrut za bankrutem schodzi z placu budowy. Miasta na stadiony kasę wywaliły, poszło pewnie z obligacji i kiedyś te długi zabolą. Cieszę się że Kraków tego EURO nie ma, bo z kasą w magistracie byłoby jeszcze gorzej. Turyści przyjechali i wyjadą. Ile kasy zostawią nie wiadomo. W Krakowie żaden Angol do muzeów nie chodzi, tylko piwo żłopie (zagraniczne) i siedzi. Polacy dowalili ruskim POD stadionem, więc obraz kraju też nie jest taki piękny jak w reklamach. No nic zobaczymy, może ktoś to za rok podliczy i wyjdzie czy warto było.

Muszę coś kupić w Biedronce. Kasę wywalili w EURO, to przynajmniej niech im się trochę zwróci.

333 333 siwe włosy Marka Niedźwieckiego

June 2nd, 2012

To była pierwsza rzecz jaką zobaczyłem u siebie w pełnym HD. TVP 1 i TVP 2 uruchomiły wczoraj wyższą rozdzielczość (wcześniej była jakaś pośrednia). Więc jeśli korzystasz z DVB-T, to warto przeskanować ponownie kanały, bo na różnych MUX-ach nadawane są różne rozdzielczości. Szukaj tych w których logo TVP ma HD w nazwie.

A wracając do Niedźwiedzia, to Brodka i Andrus mają bardzo dobre piosenki na topie LP3!

Ósma prędkość kosmiczna

May 30th, 2012

Po różnych bojach administracyjnych udało mi się uruchomić szybszy internet. Tak więc Ciotki, będzie nam się lepiej na Skajpaju gadało. A ja się cieszę bo Gra o Tron wreszcie będzie spływać w czasie rzeczywistym 😉 i takie różne. W przeciwieństwie do samochodów, szybszy internet zawsze jest lepszy

(No i proszę się nie śmiać tam za granicą – szybszy oznacza 8Mb/4Mb, ale to i tak 8 razy więcej niż przez ostatnie 8 lat)

Jesteś szalona TV

May 26th, 2012

Wczoraj wieczorem z ciekawości przeskanowałem kanały w TV i złapałem kilka nowych. Miały być od 1 czerwca ale są już.

TTV – jakiś w miarę normalny (po półgodzinnym oglądaniu) kanał klasy C.

Eska TV – muzyczny, klasy B (bo to nie moja muzyka, ale komuś może się podobać). Czasem do niego zaglądnę.

ATM Rozrywka – serial za serialem., Same starocie które ciężko oglądać (Rodzina zastępcza, Daleko od noszy). Może za parę miesięcy do ramówki wejdzie jakiś lepszy serial, to czasem zerknę.

POLO TV – FAWORYT 🙂 klasy Ż, disco polo 24 godziny na dobę. Nie mam pojęcia kto go dopuścił na antenę, ale pewnie będzie miał oglądalność większą niż 3 wcześniejsze razem wzięte. Polska zna się na  muzyce. Już chyba TV Trwam byłoby lepsze.

Tak więc ilość programów wzrosła o 25% a średni poziom audycji spadł o 25%. To chyba jakaś ogólnoświatowa reguła.

Rodzina

May 24th, 2012

Julka napisała wiersz. Ukazał się nawet w szkolnej gazetce. Oto on

Rodzina

Z mamą poczytam książkę wieczorem,

z tatą będę jeździć motorem.

Pójdę z babcią na targ po ogórki,

zimą z dziadkiem pozjeżdżam z górki.

Z siostrą razem pójdziemy do kina

i do ZOO by zobaczyć pingwina.

Z bratem wyruszymy w góry,

zdobędziemy szczyty aż nad chmury.

Ciocia Ania moja kochana,

z nią będziemy plotkować do rana.

Wujek zawsze coś konstruuje

przy moim rowerze pomajsterkuje.

Moja rodzina jest zawsze kochana

i kot i pies, proszę Pana!

Julia Słupek


Rower wodny

May 4th, 2012

Czy da się w deszczu jechać rowerem?

Da się.

Niestety dziś pewien pacanek nie sprawdził prognozy i z rozpędu i z rozpędem popedałował do pracy. W tamtą stronę mi się udało. W tą nie 🙁

Z deszczem jest tak jak z wieloma innymi, średnio przyjemnymi, rzeczami w życiu. Albo się na nie przygotujesz, albo musisz do nich przywyknąć. Moja górna połówka była przygotowana (kurtka przeciwdeszczowa, wodoodporny plecak), ale dolna musiała przywyknąć…

W zasadzie to przez pierwsze 5 km masz nadzieję że “zaraz przestanie”, przez drugie 5km zaczynasz już olewać tą wszechoobecną wilgoć (już wiem dlaczego dzieci nielubią mokrych pampersów) a gdy w ostatnich 5km już nie pada zaczynasz z uśmiechem rozważać znaczenie słowa “Timing”.

Plusów jest wiele:

  • muchy w deszczu nie latają, więc nic mi nie wpada do oka
  • nie ma tłoku na ścieżkach rowerowych
  • czujesz się jak hero(lub dupek)
  • może urosnę, w końcu to majowy deszcz