River deep, mountain high

July 17th, 2012

16 lipca 2012

Dziś pojechaliśmy do Parku Narodowego ZION. Mieliśmy szczęście bo zawsze jak wracamy do hotelu to w telewizji pokazują jakieś straszne ulewy w Utah, a my ich jakoś nie doświadczamy.  Dziś po powrocie z Zion usłyszeliśmy, że park został zamknięty z uwagi na zagrożenie burzowe. Na szczęście komunikat był „po” a nie przed tym jak zwiedzaliśmy park.

Zion w przeciwieństwie do Grand Canyon zwiedza się „dołem”. Już sam początek jest ciekawy, bo oprócz kilkudziesięciu zakrętów między skałami w ukośne paski, bardzo fajny jest sam wjazd do parku. Wjeżdża się do niego kilkukilometrowym tunelem, który ma jedną ciekawą cechę – brak w nim elektryczności, bo sam w sobie jest zabytkiem. Rolę świateł przejęły wykute w skale „okna” pojawiające się co kilkaset metrów. Wrażenie jest niesamowite, bo jedzie się prawie w całkowitej ciemności, rozświetlanej tylko przez nasze reflektory. Gdy już wjedzie się do Zion, znów z wszystkich stron wyrastają niebosiężne pomarańczowo-żółte lub czerwono-czarne turnie. Na dnie rośnie dużo drzew, wszędzie plączą się amerykańskie wiewiórki i płynie niepozorna rzeczka. I właśnie ta rzeczka jest największą atrakcją Zionu…

Park w dużej części zwiedza się w sposób jaki poznaliśmy w innych parkach Utah i Arizony, czyli autobusem z możliwością wyskoczenia na jednym z 10 przystanków. Tym razem nauczeni doświadczeniem z Arches pominęliśmy wszystkie pośrednie przystanki i pojechaliśmy na sam koniec do miejsca zwanego Temple of Sinawava. Ścieżka wiedzie dnem skalistej doliny o brzegach wyniesionych na kilkaset metrów w górę, po lewej płynie rzeczka. Wiedząc co nas dalej czeka, rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Grupa „Normal”, czyli Mysza i Maja,  poszła sobie wolniutko wzdłuż rzeczki pogadać z Chipem i Dale’m. Grupa „Extreme” poszła trochę szybciej w głąb doliny. I tam właśnie zaczyna się FUN!!

Jeśli kiedykolwiek odwiedzicie Zion to radzę wam wziąć plecak z piciem i dwa komplety ubrań. Koniecznie krótkie spodenki. I jeśli tylko pogoda pozwoli olejcie wszystkie wcześniejsze szlaki i walcie prosto do Temple of Sinawava  i leżącego troszkę dalej Narrows…

Otóż, po pewnym czasie szlak się kończy i przecina go niepozorna rzeczka. Jeśli ktoś chce iść dalej, musi wejść do rzeki… Dno jest kamieniste, niewiele widać, ale na szczęście na pierwszej przeprawie woda sięga tylko do kolan. Potem jest jeszcze fajniej. Odległość między ścianami kanionu maleje, a głębokość rzeki rośnie. W dwóch miejscach było tak, że musiałem trzymać plecach na wysokości szyi, bo woda sięgała mi do pępka. Julce sięgała po pachy… Na jednej ze ścian jest mały wodospad, w którym Julka sobie po prostu stanęła. Przecież i tak już była cała mokra. Szlak kilka razy zakręca, ale naprawdę ciężko się powstrzymać przed brnięciem dalej. Nieba prawie nie widać.  Jest wysoko a ściany tak blisko. Minęliśmy czyjś but. Nie wyobrażam sobie powrotu boso, bo całe dno rzeki jest wyłożone kamieniami i głazami.  Kiedyś jednak trzeba zawrócić, bo na szlak jest tylko jedno wejście. Gdy wracaliśmy, Julka stwierdziła w jednym z głębszych miejsc, że łatwiej jej będzie płynąć niż iść. Wyprawa zajęła nam jakieś 2-3 godziny. Brnięcie kilku kilometrów w górskiej rwącej rzece to kolejna rzecz, którą robiłem pierwszy raz w życiu. Doświadczenie jest naprawdę niepowtarzalne.

Po wyjściu z rzeki wykręciliśmy skarpetki, buty i Julii bluzę i zastaliśmy Myszę i Maję śpiące na ławce. A na wejściu do szlaku Narrows stał wielki żółty znak, mówiący że szlak został zamknięty z uwagi na zagrożenie powodziowe…

Na pozostałe atrakcje Zion-u nie mieliśmy już ochoty, bo satysfakcja z wodnego szlaku sięgnęła poziomu 100%. Potem już tylko zmiana obuwia, kupno pamiątek, reklamówka na siedzenie (bo spodnie dalej były mokre) i pojechaliśmy z powrotem do Kanab. Do Kanab  mieliśmy jedynie 30 mil, ale Nintendo znów się przydało, bo co chwilę słyszałem z tylnego siedzenia “Teraz ja”.  

Buty właśnie schną na trawie przed hotelem. Wiem, że Narrows to tak naprawdę tylko ekstremalny szlak turystyczny, a nie dzika dzicz, ale przez te parę godzin czułem się jak Martyna Wojciechowska.

Mam nadzieję, że pogoda będzie jutro równie łaskawa, bo wracamy do Page by wejść do wnętrza kamiennej wydmy.

Dzień na slow motion

July 16th, 2012

15 lipca 2012

Dzień zaczynamy w Page a kończymy w Kanab. Chcieliśmy dziś zwiedzać Antelope Canyon ale okazało się że „wskazana” jest rezerwacja, bo atrakcja wielka a przepustowość ograniczona. Więc zamiast dziś, wejdziemy do Antelope Canyon we wtorek. Wiedząc, że czasem coś może się nie udać przewidziałem jeden dzień wolnego, więc lekka zmiana kolejności nie powoduje wykreślenia z planu wycieczki żadnego z parków.

Za to druga z dzisiejszych atrakcji wypaliła bez problemu, bo Horseshoe Bend niedaleko Page nie wymaga żadnych biletów i jest dostępny 24 h na dobę. Żeby dotrzeć do Horseshoe Bend trzeba zjechać parę mil za Page z drogi i pójść około 1 km lekko pod górę a potem lekko w dół, ścieżką przez pustynie z agawami i innymi krzaczorami. Zresztą nie wiem jak nazwać pustynię na której coś rośnie. Może to jest preria?

A czym jest Horseshoe Bend? To miejsce gdzie w wąskim, głębokim kanionie rzeka Colorado robi zakręt o 270 stopni.  Pamiętajcie że jeśli ktoś jest w Utah czy Arizonie to może być albo „in the middle of nowhere” albo w kanionie. Inne opcje są mało prawdopodobne. Zwiedzanie polega na podczołganiu się po skale na skraj urwiska i wyciągnięciu łba i aparatu nad kanion. Alternatywą jest wynajęcie łodzi i obejrzenie tego cudu natury od dołu, ale ponieważ na okładkach albumów o cudach natury USA, Horseshoe Bend jest pokazane od góry, zakładam że wybrałem lepszą opcję. Zresztą stateczki na dole były mikroskopijne, więc wolałem nie ryzykować kontaktu z zieloną rzeką.

W połowie drogi spotkaliśmy tzw. Park Ranger’a , który ku mojemu zaskoczeniu zapytał mnie po krótkiej rozmowie czy jestem local bo nie słyszy żadnego obcego akcentu… He, wyszło że mówię jak pierwszy lepszy Johny z Arizony, co mnie oczywiście ucieszyło. Zakładam że jednak był po prostu uprzejmy, bo co innego powiedzieć z dobrą amerykańską wymową że „We’ve seen the Grand Canyon yesterday”  a co innego napisać poprawny gramatyczny esej i zrozumieć każde słowo Indianki w restauracji . Jak powiedziałem że jesteśmy z Polski w Europie to się trochę zdziwił. Generalnie na szlakach słyszy się wszystkie języki świata. Są Japońcy i Chińczycy, Francuzi, Niemcy, Holendrzy (chyba), Polacy (dziś znów spotkaliśmy rodzinę z Bielska), Czesi. Raz chyba spotkałem ruskich!

Po wizycie w Horseshoe Bend pojechaliśmy na drugi koniec miasta, kamienistą drogą nad jezioro Powell Lake. To drugie co do wielkości sztuczne jezioro w USA. Ma ponad 130 mil długości i 1900 mil linii brzegowej. Turkusowa woda, dwukolorowe skały i motorówki. Cała marina. No i zapora z mostem w którego siatce wycięto specjalne szczeliny, żeby turyści mogli sobie pstryknąć zaporę lub rzekę z drugiej strony.

Droga do Kanab prowadziła wzdłuż jeziora, więc ze dwa razy zjechaliśmy jeszcze podziwiać widoki i wjechaliśmy do Utah. A samo Kanab to kolejne małe amerykańskie miasteczko, całkiem inne niż to widzieliśmy na wschodnim wybrzeżu. Kręcili tu westerny, więc pojutrze pójdziemy do westernowego muzeum.

Dziś zwiedzaliśmy Amerykę na spokojnie. Przerwa była potrzebna, bo w Arches, Monument Valley i Grand Canyon trochę tych kalorii spaliliśmy.

Wielki Kanion Kolorado

July 15th, 2012

14 lipca 2012

Poranek w Flagstaff  nie zapowiadał fajnego dnia, bo samochód po nocy zastaliśmy mokry a niebo szare. Zjedliśmy śniadanko przy Route 66 i ruszyliśmy na północ do największej na świecie dziury w ziemi. Temperatura spadła miejscami do 59F (15C) i trochę popadało, więc tym razem zapowiadała się wtopa.  Krajobraz znów się zmienił. Tym razem była to mieszanka czarnej, wulkanicznej ziemi i równie ciemnych sosen (albo jakiegoś innego iglastego dziadostwa). Miejscami wyglądało to jak las pod Naklikiem, tyle że trochę rzadszy i ciemniejszy. No i pod Naklikiem nie ma takich szerokich dróg ani tylu wielkich terenówek i wozów kampingowych.

Nienajlepsze, z uwagi na deszcz, humory poprawiły nam się zaraz po przekroczeniu granicy parku. Bo…

Po lesie łaziły jelenie! A dokładnie to jakieś wahiti. Całkiem luzem, były nawet młode. Ilu z was widziało „przedstawiciela rodziny jeleniowatych”, dłużej niż 15 minut z odległości mniejszej niż 15 metrów i nie w zoo?? Wrażenie niesamowite.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do Visitor’s Center. Ciągle kropiło a niebo było w setce odcieni szarości. W centrum były piękne zdjęcia kanionu i już przychodziła mi do głowy myśl że na tych zdjęciach cała impreza się skończy. Poszliśmy do kina na film o kanionie a gdy po projekcji otworzyły się drzwi na zewnątrz okazało się że jest tam podejrzanie jasno. Przestało padać a część nieba była nawet milutko niebieska. Podbudowani tą nadzieją wsiedliśmy do autobusu turystycznego wożącego turystów między chyba ośmioma puntami widokowymi. Pół godziny później dotarliśmy do pierwszego z punktów. Kanion jeszcze parował, pod nami plątały się chmury, ale na szczęście wiatr szybko zrobił swoje i zobaczyliśmy pierwsze fragmenty kanionu. Jaki jest Wielki Kanion? W porównaniu do Ojcowa czy Pałacu Kultury i Nauki  jest WIELKICzłowiek stoi na brzegu i widzi pasiaste skały ciągnące się od stóp po horyzont, w lewo i w prawo. Pod stopami kolory są ostre, żółte, pomarańczowe i brązowe. Potem stopniowo robią się coraz bardziej niebieskie. Odległość do drugiego brzegu, który na pewno gdzieś tam jest, robi swoje. W dół jest równie daleko (około 1,5 km). Gdzieniegdzie widać zieloną rzekę Colorado. Mam szeroki obiektyw, ale ciężko objąć te rozmiary w jednym zdjęciu. Świeci słońce, ale temperatura jest bardzo przyjemna. Byliśmy na wszystkich punktach widokowych na zachód od Grand Canyon Village. Zajęło nam to 5-6 godzin, choć w zasadzie nigdzie nie trzeba było się ruszać z przystanków autobusu. Człowiek po prostu wysiada, idzie na brzeg Kanionu i patrzy i patrzy i patrzy…

Gdy już skończyliśmy zwiedzanie zachodniej części południowej krawędzi (South Rim) pojechaliśmy na nocleg do Page. Okazało się że droga wiedzie brzegiem Kanionu i choć tego nie planowaliśmy zaliczyliśmy też przynajmniej połowę punktów z wschodniej części. Po prostu nie mogłem się oprzeć i musieliśmy kilka razy zaparkować i znów spojrzeć w przepaść, choć wiedzieliśmy że do Page jeszcze daleko. Po drodze, już poza parkiem zjechaliśmy trochę na kamienistą drogę, skuszeniu stojącym przy drodze znakiem Splendid view. Opłacało się. Trafiliśmy na jakąś zagubioną odnogę Kanionu z monumentalną kamienną wieżą. A potem przydarzyło się coś dziwnego. Spotkaliśmy Polaków! Pogadaliśmy trochę i zawróciliśmy do samochodu. A potem spotkaliśmy Polaków! Zrobiłem im zdjęcie i wróciliśmy pokręcić po kamieniach żeby jakoś wrócić na asfalt. A gdy pakowaliśmy się do auta … spotkaliśmy Polaków!

Po drodze do Page (jakieś 200 km) nie minęliśmy ani jednego miasta.

Teraz jesteśmy już w hotelu. Pokój jest chyba większy niż nasze mieszkanie…  Nieopodal znajduje się Lake Powell, które ma ponad 3.000 km linii brzegowej i jest drugim co do wielkości sztucznym jeziorem w Ameryce. Ach ta Ameryka…

Jutro jedziemy zwiedzać Antelope Canyon, który jest caaaałkiem inny niż Grand Canyon….

W krainie Indian Navajo

July 14th, 2012

13 lipca 2012

Dziś głównie podróżowaliśmy, bo musieliśmy z Utah dojechać do Arizony. Celem naszej podróży, oprócz Flagstaff, AZ gdzie mieliśmy spędzić noc, była słynna Monument Valley, czyli miejsce które każdy kojarzy ze starych reklam Marlboro i westernów. A swoją drogą pamiętacie reklamę Marsa z Indianinem który najpierw chce umrzeć a potem prosi o randkę z Stokrotką? Kręcili ją przy Delicate Arch, który widzieliśmy wczoraj!

Monument Valley Navaho Indian Tribal Park leży w północnej Arizonie, „niedaleko” Wielkiego Kanionu. Po drodze znów mnóstwo ciekawych krajobrazów, temperatura to bardzo przyjemne 20-kilka stopni (ech, gdyby tak było wczoraj). Jadąc do MV mijamy kilka kanionów z zielonymi rzekami w dole. Na jednej ze skał widzimy gigantyczny napis Hole in the Rock, który okazuje się reklamą zajazdu leżącego po drugiej stronie. Mijamy też skałę Navaho Twins. Kilkadziesiąt mil dalej, skuszeni ciekawym widokiem w oddali zjeżdżamy na chwilę z asfaltu w szutrową drogę i dojeżdżamy po chwili do skały Mexican Hat, która wygląda jak meksykanin w płaskim sombrero. Na szczycie słupa leży ogromny płaski głaz. Chevy jest cały okurzony w pomarańczowym piachu.

Wreszcie dojeżdżamy do Monument Valley. Słońce niestety chowa się trochę za chmurami. Wiem że na tle niebieskiego nieba gigantyczne kwadratowe skały byłyby ładniejsze, ale przez to że nawet lekko kropi, całość jest bardziej nastrojowa. Droga ciągnie się prosto po horyzont, mijamy pasące się dzikie (chyba) konie, jakieś budy w których Indianie próbują sprzedać swoje wyroby, nawet jakiegoś gościa na koniu widać.

Do parku skręcamy w lewo i po 4 milach jesteśmy na miejscu. Przy wjeździe wita nas ciemnoskóra indianka, kupujemy bilet i dojeżdżamy do Visitor’s center. Blado brązowy budynek z dużym tarasem, a z tarasu widok jak z kowbojskiej bajki. To Left i Right Mitten czyli najbardziej znane skały Monument Valley. Seria zdjęć pod każdym kątem, pionowo i poziomo i idziemy do muzeum Indian Navajo a potem do sklepu i restauracji. Niebo powoli się chmurzy. W dole widać wyboistą drogę po której jeepy jeżdzą po parku. Widać też parę osobówek wolniutko krążących między skałami. Nie jesteśmy pewni czy niskie auto, takie jak nasza Impala to wytrzyma, więc nie wjeżdżamy dalej. Z tarasu i tak są piękne widoki. Gdy jesteśmy w sklepie i restauracji zaczyna padać deszcz (a straszyli nas niesamowitymi upałami!!). Indianie nie mają w zasadzie żadnych źródeł zarobku, więc biżuteria i figurki które sprzedają są bardzo drogie. Drewniany „duch”, choć bardzo piękny i ciekawy, wysoki na może 30 cm kosztuje około 80-100 USD a większe jeszcze więcej. Po dwudziestu minutach deszcz przechodzi. Wraz z nim znikają turyści z tarasu a powietrze robi się przyjemnie chłodne i wilgotne. Na tarasie spędziliśmy jeszcze z godzinie. Przez ten deszcz zrobiło się bardzo cicho i spokojnie, trochę czarodziejsko i naprawdę odpocząłem od samochodu. Jeszcze trochę zdjęć na skałkach i jedziemy dalej.

Między Monument Valley a Flagstaff krajobraz znów zmienia się kilka razy, tak jakbyśmy z Ziemi przeskakiwali czasem na Marsa. W oddali widać indiańskie domki, zardzewiałe samochody, jakieś konie. Bida jak cholera. Potem pustynia z jakimiś krzaczkami, raz pomarańczowa, raz żółta, raz szara. Naprawdę jeśli wydaje się wam, że widzieliście kiedyś „nic” od horyzontu po horyzont, to żeby naprawdę zobaczyć to nic, trzeba przyjechać do Arizony. Widoczność może z 50 km we wszystkie strony i ani jednego domu, sklepu, skrzyżowania, reklamy. NIC. Spokojnie mogliby tu kręcić Gwiezdne Wojny. Czasami tylko mija nas wielka ciężarówa. Dość często przychodzą nam na myśl pionierzy odkrywający Dziki Zachód. Dopiero teraz widzę jak ciężki kawał roboty wykonali przecierając szlaki na Zachodnie Wybrzeże. To musiało trwać latami, a jak ktoś miał pecha i odszedł za daleko od rzeki to kaplica.

Mały przebłysk cywilizacji mijamy w Tuba City. Tankujemy, jemy, robimy zakupy w Basha’s i jedziemy dalej. Znów księżyc wokół nas. Wieczorem docieramy do Flagstaff, bo drodze mijając jakieś wulkany(!). Flagstaff to miasto wyglądające „w miarę” europejsko. Są światła, neony, restauracje i trochę mniej Indian, którzy w Tuba City byli wszędzie. Parkujemy i wchodzimy do hotelu.

Zrobiliśmy dziś 370 mil i znów zmieniliśmy strefę czasową. Kolor skóry powoli ciemnieje. W prostej linii jesteśmy 9.433 km od domu…

Arches National Park

July 13th, 2012

12 lipca 2012

 

Zjedliśmy śniadanie w hotelu, kupiliśmy nowy olejek do opalania w sklepie naprzeciwko i pojechaliśmy do Arches National Park, czyli Parku Łuków. Zaczęliśmy przed południem od krótkiej wizyty w centrum turystycznym parku, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i nadzieję na ciekawe pamiątki. Maja była trochę nie w sosie od śniadania, ale w centrum jej się podobało bo było trochę książeczek dla dzieci. A potem pojechaliśmy ostro pod górę na teren parku. Pierwszy postój zrobiliśmy przy Park Avenue czyli skalistej dolinie otoczonej z obu stron wysokimi, płaskimi ostańcami, które widocznie komuś przypominały zabudowę Nowego Jorku i pewnie stąd nazwa.

Mała dygresja na temat samego sposobu zwiedzania parku. Otóż w żaden sposób nie da się go zwiedzać na piechotę. Jest za duży by ktoś poza McGayverem i Chuckiem Norrisem był wstanie ogarnąć taki teren na nogach. W Visitor’s Center bierze się wodę, wsiada w auto i jedzie przez skały i pustynie od jednego punktu widokowego do drugiego. Każdy punkt ma parking dla samochodów, czasem trafiają się też zatoczki na trasie. No i w ten sposób, taką żabką pokonuje się kilkadziesiąt mil. Czasem trzeba podejść z parkingu do atrakcji 15-30 minut. Oczywiście mówię o szlakach oznaczonych jako Easy albo moderate.  Szlaki zaawansowane mogą zająć kilka godzin i na pewno nie są możliwe do obejścia w lato z 105 ‘F w cieniu, ale te od razu skreśliliśmy z planu.

Wszystkie skały są pomarańczowo-żółte i baaardzo strome. Pełno większych lub mniejszych ostańców. Między nimi rosną takie poskręcane na supeł sosny, malutkie kaktusiki, ostrokrzewy i trochę traw.

Pojechaliśmy dalej do Courthouse Towers gdzie dziewczyny z radością poskakały po skałach w towarzystwie jakiś Japończyków i Niemców. Było jeszcze rano, chłodno i dużo cienia, więc nie było problemów. Na zdjęciach zobaczycie jak Courthouse Towers wygląda. Potem pojechaliśmy dalej do Balanced rock czyli kamienia na igle. Ma prawie tyle wysokości co Statua Wolności. Zobaczyliśmy nawet te amerykańskie wiewiórki i jaszczurki.

W kolejnym miejscu odwiedziliśmy  North i South Window oraz Turret Arch, czyli pierwsze potężne łuki skalne. Niedaleko był jeszcze jeden fajny łuk, Julce się bardzo podobało ale Maja zaczęła zmieniać zdanie gdy odciągnęliśmy ją od łopatki i piaskownicy. Garden of Eden zobaczyliśmy tylko przejazdem i pojechaliśmy do Moab coś zjeść.

Obiadek w klimie dobrze nam zrobił i godzinę później wróciliśmy do parku. Po zakupach pamiątek w Visitor’s Center  pojechaliśmy do centrum parku do punktu widokowego pod Delicate Arch. Tu niestety okazało się, że za szybko zwinęliśmy się z Moab i gorąco zaczyna dawać się we znaki (była chyba 15:00), zwłaszcza że trzeba było trochę wyjść pod górę. Ten kawałek był nieudany i dzieci zaczęły narzekać. Podjechaliśmy jeszcze przez kilka ładnych zaułków, których nazw nie zanotowałem i dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki – Devil’s Garden  z słynnym Landscape Arch, czyli łukiem szerokim na 6 metrów i długim na kilkaset. Kończyła nam się woda i chęci, więc dziewczyny zostały w samochodzie a ja poszedłem 1,5 km w głąb Diabelskiego Ogrodu by zobaczyć Landscape Arch. Dobrze że pierwsza połowa wycieczki przebiegała w cieniu, pod urwiskiem i w dość silnym wietrze. W drugiej połowie było tylko słońce i piach, które dość mocno dało mi się we znaki. Dobre dobranie godziny zwiedzania jest  ważne z powodu temperatury, ale również z uwagi na różnice w oświetleniu skał i łuków. Landscape Arch  był niestety dość oporny i w cieniu, wiec nie wiem czy z tych zdjęć da się coś wyciągnąć. Ze szlaku wróciłem bez wody, więc ostatnie kilkaset metrów było ciężko. Przynajmniej ten wiatr i cień pomagały, ale i tak tęskniłem za klimatyzacją. Dziewczyny spały, ale gdy się obudziły były w dobrym humorze.

Wróciliśmy do Green River, mijając po drodze jakiś plan filmowy przy wejściu do Canyonlands. Miasteczko składa się z kilkunastu hoteli, jakiś stacji benzynowych i tak naprawdę wiele w nim nie ma. Na szczęście znaleźliśmy duży sklep spożywczy, bo wizja zakupów na stacji benzynowej i kolacji w Subway-u nie była najprzyjemniejsza.

Zaraz po powrocie do hotelu wskoczyliśmy z dziewczynami do basenu i przywracaliśmy temperaturę i wilgotność ciała do normy przez jakąś godzinę. Szkoda że takiego basenu nie było w samym parku, ale z drugiej strony cześć turystów ciężko byłoby nakłonić do wyjścia i dalszego zwiedzania parku. Między 40 stopniową wodą w jakuzzi a 40 stopniami wśród skał jest jednak „drobna” różnica. W następnym parku zrobimy sobie dłuższą przerwę w dzień i będziemy zwiedzać więcej rano i wieczorem.

Nie wiem czy jutro w hotelu będę miał internet, więc na wszelki wypadek napiszę, że jedziemy do Parku Rezerwatowego Indian Navaho, znanego pod nazwą The Monument Valley. Każdy z was na pewno rozpozna go na zdjęciu, bo to najbardziej popularny przykład krajobrazu Arizony (zmieniamy stan). Tym razem będziemy głównie jechać i podziwiać serce Dzikiego Zachodu. No i spotkamy Indian, mam nadzieję że trochę mniej podrabianych niż ci w Ustce czy Zakopanem.

Ze Wschodu na Zachód

July 12th, 2012

11 lipca 2012

Żeby zdążyć na samolot trzeba było wstać bardzo wcześnie, czyli o 5:30 rano. Jeszcze parę dni temu sami budziliśmy się o czwartej czy piątej w nocy, ale jetlag dawno znikł i wstanie tak wcześnie wcale nie było „naturalne”. Na lotnisku w Filadelfii musieliśmy chwilę zaczekać na nasz samolot z rysiem (samoloty Frontier mają na ogonie zdjęcie jakiegoś dzikiego zwierza), ale wolałem zaczekać niż ryzykować że zatrzyma nas jakiś koreczek.

Polecieliśmy do Denver i znów przesunęliśmy zegarki o 2 godziny. W przeciwieństwie do Filadelfii czy nawet JFK, lotnisko w Denver jest bardzo ładne. Ma „materiałowy” dach w kształcie obozu indiańskich wigwamów i ogólnie jest bardzo przyjemne. No i wcale nie takie małe, bo na punkt odbioru bagażu jechaliśmy pociągiem! Chwilę później po „pierwszym obiedzie” wsiedliśmy do autobusu który zawiózł nas do wypożyczalni, gdzie odebrałem zamówionego białego Chevroleta Impalę (5,11 metra, 300 KM). Amerykańskie samochody są duże, ale niespecjalnie wykończone.  Sobie bym takiego nie kupił, ale na 10 dni wystarczy z nawiązką. Grunt że można było włączyć radio, ustawić tempomat i klimę i ruszyć w świat.

Jechaliśmy z Denver w Colorado do Green River w Utah (600 km). W Polsce chyba bym się poddał przy takim dystansie (to jak z Krakowa nad morze) a tu nie dość że pięknie za oknem to jeszcze nic nie trzeba robić (tempomat itp.).

Jak myślicie ile razy skręciłem w ciągu tych 600 km? CZTERY. Serio. Z wypożyczalni na dojazdówkę do międzystanowej I-70, potem na autostradę i jakieś 580 km prosto. Trzeci skręt to zjazd z autostrady a czwarty na parking przed hotelem.

Krajobraz zmieniał się kilka razy. Najpierw były to Góry Skaliste, w zasadzie normalne tyle że bardziej brązowe. Potem myślałem że mi oczy wyjdą. Wjechaliśmy do Glenwood Canyon. Przepis na ten kanion byłby taki:

 – weź najwyższe skałki z Ojcowa

– pomaluj je na pomarańczowo

– rozciągnij w górę 5 razy

– dodaj taką samą skałę po drugiej stronie drogi

– ustaw je 200 metrów od siebie

– środkiem puść autostradę i rzekę po której pływają pontony

– całość ułóż w zygzak o długości 20 km i ładnie oświetl

Aparat zostawiłem w bagażniku, ale zaznaczyłem sobie to miejsce w GPS i jak będziemy wracać w ładnej pogodzie to wam go pokaże (kanion nie aparat).

Potem jeszcze „drugi obiadek” i wjechaliśmy do Utah. Krajobraz iście księżycowy. Jedzie się albo równiną szerokości województwa, z charakterystycznymi dla Dzikiego Zachodu urwiskami w oddali i całkowitym brakiem cywilizacji (żadnego domu) albo przez kolejne kaniony które znów wywołały oczopląsy.

Teraz leżymy już w hotelu, klima schładza pokój a jutro idziemy na pierwszą wielką wyprawę do cudownego świata natury stanu Utah. Ale o tym jutro.

Streets of Philadelphia

July 11th, 2012

10 lipca 2012

Dziś zwiedzaliśmy amerykańskie Gniezno, czyli Filadelfię. Nie wiem czy się zachwycać czy po polsku ponarzekać, bo historyczne centrum Filadelfii jest „takie se”. Jest parę ładnych, całkiem niehistorycznych drapaczy chmur i parę mniejszych „ciekawie wyciętych” budynków. No i kilka tych starszych, np. ten w którym podpisano Konstytucję Stanów Zjednoczonych. (Kurde, a gdzie podpisano Konstytucję 3 Maja???)

Widzieliśmy Liberty Bell, który wygląda jak większe wiaderko. Podejrzewam że spokojnie można by go odlać z samego serca Zygmunta. Amerykanie nie mają wiele zabytków historycznych, więc oprócz samego dzwonu było tam trochę rycin i innych okołodzwonowych zabytków (np. lampka nocna-dzwon, która nie wiem jakim cudem zasłużyła na muzeum. No chyba, że stała przy łóżku jakiegoś Lincolna czy coś).

Ładny w Filadelfii jest np. City Hall. W zasadzie spokojnie mógłby stać w Wiedniu czy innym europejskim mieście. Budynek jest dość duży jak na ratusz i ma dużo „ozdobników” (wieżyczki, pomniczki, doniczki, okienniczki). Niestety cały jest obrośnięty wieżowcami. To obrośnięcie to chyba największy problem w zwiedzaniu Filadelfii, bo nie ma tu czegoś takiego jak w historycznych centrach miast europejskich, czyli ciągłej zabudowy „z epoki”. Żadnych kamieniczek, barbakanu, murów obronnych, bruku, (rycerzy…., zamków….). Po prostu raz na jakiś czas trzeba spomiędzy banków wyłowić coś ładniejszego.

Za ratuszem jest placyk z ładną fontanną i napisem LOVE, który chyba widziałem na jakiś koszulkach. A jeszcze dalej duże rondo z fontanną, parę muzeów i długa i zadrzewiona aleja prowadząca jakieś 1,5 km w kierunku Philadelphia Museum of Art, które w kulturze masowej zaistniało głównie dlatego, że wiodą do niego Schody Rocky’ego. Pamiętacie? Eye of the Tiger…, spocony podkoszulek i do góry i w dół?

I jedna dygresja. Jak coś tam pstrykałem to jakaś babka zapytała czy jestem fotografem. Niby dziwne pytanie, ale tak naprawdę nie dziwi, jeśli tylko się trochę rozejrzymy. Amerykanie chyba nie potrafią obsłużyć niczego co ma więcej niż 2 guziki. Czym robią zdjęcia? Przypatrzyłem się dzień wcześniej w Sesame Place i wyszło że głównie telefonami, czasem „małpkami” a czasem nawet TABLETAMI. Lustrzanek, takich prawdziwych a nie hybryd widziałem może z trzy. Tablet do zdjęć to trochę przegięcie, ale jeszcze fajniejsze było gdy na chrzcinach jakiś kolo biegał z jednorazówką (takie niebieskie papierowe pudełeczko).

Ale z drugiej strony w sklepie GameStop nie było problemów z kupnem gier na Nintendo. Było ich tam z dwieście. Sklepik na skrzyżowaniu w mieścinie którą ciężko zauważyć. Gdybym miał ją przyrównać do czegoś znajomego to byłby to powiedzmy Tyniec. 10km dalej  drugi taki sklep tylko większy. Gry używane od 5 USD (badziewia) po 20 USD (hity) a nowości po 20-35 USD.  Kurde czy ten polski dystrybutor jest ślepy??

No a wracając do Filadelfii to muszę zobaczyć jeszcze raz teledysk Springsteena. Może coś poznam, choć z tego co pamiętam to więcej tam było murzynów i osiatkowanych boisk do kosza niż ratuszy i dzwonów.

Wieczorem byliśmy jeszcze na jakiejś farmie zjeść jakieś lody i zobaczyć amerykańskie krowy i kozy. Teraz jak zobaczę w Amerycę krowę to ją zagadnę „Hi, Cow are you?”

No nic. Jutro z rana samolot i dajemy na prawdziwy Dziki Zachód

Elmo kocha dzieci i … też

July 11th, 2012

9 lipca 2012

Dziś wszyscy byliśmy dziećmi.  Pojechaliśmy do Sesame Place koło Filadelfii. To park rozrywki przeznaczony głównie dla maluchów które kochają Ulicę Sezamkową,  połączony z parkiem wodnym dla starszych. Byliśmy na przedstawieniu Elmo loves dancing, czyli pokazanym na żywo odcinku Elmo z TV, z panem Gapą (Mr. Noodle), Dorotką, TV, Szufladą i setką dzieci różnych kolorów. 

Później na chwilę się rozdzieliliśmy, bo Maja z Myszą poszły na karuzelę, a ja z Julką na siatkowy labirynt. Masakra. Wspina się po takich siatkach z grubego sznura, przeciska korytarzami, które mają może z 1m a może mniej średnicy i ciągną się kilkanaście metrów. Cały labirynt jest wielkości sporego domu. Żeby zrobić Julce zdjęcie wziąłem sobie plecak z aparatem i ledwo przeszedłem tą ścieżkę zdrowia, bo w tych korytarzach było cięęęęężko (ciasno, czasem pod górę). Jak po kilkunastu (może dłużej) minutach wyszedłem, to zauważyłem że na spodenkach zaczynają mi się nad kolanami pojawiać kropki od potu. Potem dziewczyny poszły na inną karuzelę a ja chwilę odpocząłem (nie cierpię karuzel). Potem kolejna karuzela, wizyta w sklepiku i restauracji i spacer po parku. Doszliśmy po Pałac Liczychrabi (wielkie wodne koromesło) na którego szczycie stało wiadro wielkości samochodu i powoli lała się do niego woda. Po paru minutach i One, Two, Three… z głośnika, całe wiadro się przelało i z kilkunastu metrów runęła na ludzi Niagara. Bardzo żałowałem że rozpoznanie atrakcji z okolic Filadelfii zostawiłem rodzinie, bo nie wiedziałem że do Sesame Place trzeba zabrać strój kąpielowy. Zamiast dostać Niagarą w twarz mogliśmy tylko popatrzeć, choć Maja z Julką dostały rykoszetem.

Po całym parku szwędają się postacie z Ulicy Sezamkowej (Elmo, Bert, Ernie, Zoe, Groover, Cookie Monster, Liczychrabia i ten zielony ze śmietnika). Poprzytulaliśmy się do każdego, popstrykałem zdjęcia a potem Maja poszła na jakiś plac zabaw dla dzieci a ja z Julią na rollercaster. W międzyczasie jakieś lody, napoje i kupno pamiątek itp.

Spędziliśmy w parku jakieś 4 godziny, a gdybym wiedział o tych strojach to pewnie zostalibyśmy dłużej bo było pływanie pontonami rzeczką,  zjeżdżalnia na pontonach i w rurach i inne mokre atrakcje.

Fajna rzecz, choć trochę droga. Byłem tego świadomy przed wyjazdem i wiedziałem że to będzie jedna z droższych atrakcji wakacji. Przy tańszych biletach i wejściu po 15-tej zapłaciłem za wejście 162 USD + 15 USD za parking. Potem jeszcze „trochę” kasy poszło na pamiątki. Tak więc można spokojnie zaśpiewać „Elmo kocha dzieci i kasę też”. Nie żałuję, bo w całym tym naszym wyjeździe, to była atrakcja Nr 1 dla dzieci i wybraliśmy ją jeszcze w Polsce. Przecież każdy musi mieć na wakacjach coś dla siebie, a Maja jechała „do Elmo”. (Tylko tych strojów nie mogę przeboleć).

Party

July 9th, 2012

8 lipca 2012

Zaliczyłem amerycką mszę. Całkiem fajnie. Melodie podobne, słowa identyczne, księża teatralni. No i gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi to ma wszystko wydrukowane w podręcznej Biblii w ławce. Na słupie wyświetlają się numerki psalmów i można sobie nawet zaśpiewać „America, America… coś tam”. Niby w Polsce też śpiewają Boże coś Polskę…,  ale tu jakoś tak bardziej energetycznie było. Najfajniej było przy samym Chrzcie. U nas, w głęboko katolickim kraju ksiądz coś tam wg schematu poględzi, pomacha i czeka na kopertę a wszyscy generalnie wiedzą o co chodzi, i jakoś się tym nie ekscytują. Tu miałem wrażenie że ksiądz niczym przewodnik w muzeum opowiada zgromadzonym turystom o zwyczajach naszych dziadów z czasów gdy koło było zaawansowaną magią. Latał po całym kościele i tłumaczył każdy gest. Chyba z godzinę mu zeszło. Muszę sprawdzić u wujka Googla czy przypadkiem katolicy nie są w Ameryce turystami.

A w knajpie jak to w knajpie, ciacha, sałatki, steki, ciacha. Imprezy oparte na jedzeniu nie są dla mnie celem życia.

Po party, z wczorajszej listy powtórzyłem wszystkie punkty poza lodami w kokosach. Tyle że zamiast japonek miałem dziś sandały, które nawet mokre były o wiele przyjemniejsze niż te dwa kołki między palcami.

O i świetliki mi się podobały i gra w bule (tyle że nie metalowe a plastikowe). Majka znów szalała w wodzie a potem latała za niewidzialnymi motylami. Widać że jetlag jej mija. Mam nadzieję że jutro zamiast o 4-tej  w nocy obudzi się przynajmniej o 6-tej. A ja albo jetlaga nie mam, albo mam takiego 24 godzinnego.

When was the last time you did something for the first time?

July 9th, 2012

7 lipca 2012

Sobota była mokra. Powyżej szyi wilgotność wynosiła 30% a poniżej 100%. W zasadzie cały dzień spędziliśmy w basenie. Ale nie o tym chciałem pisać. Otóż dziś udało mi się zrobić kilka rzeczy pierwszy raz w życiu i większości nie żałować. Poniżej skrótowe podsumowanie tych nowości.

Zadanie

Poziom stresu przed

Trudność i upierdliwość zadania

Poziom zadowolenia po wykonaniu zadania

Czy kiedykolwiek z własnej i nie przymuszonej woli chcę to zrobić jeszcze raz

Poziom stresu przed kolejną iteracją

Pływanie z psem

0

0

7

Tak

0

Zjedzenie loda w skorupce od kokosa

0

0

7

Tak

0

Zjedzenie steka T-Bone zajmującego ¾ talerza

1

2

8

Tak

0

Prowadzenie samochodu z automatyczną skrzynią biegów połączone z nauką amerykańskich przepisów drogowych w trybie „real-time”, w japonkach, nieznanej okolicy i bez prawa jazdy przy sobie.

3

1 (głównie przez japonki)

8

Tak

0

Chodzenie w japonkach

1

10

-10

Never again!

Kolejnej iteracji nie będzie