Archive for the ‘Muzyka’ Category

333 333 siwe włosy Marka Niedźwieckiego

Saturday, June 2nd, 2012

To była pierwsza rzecz jaką zobaczyłem u siebie w pełnym HD. TVP 1 i TVP 2 uruchomiły wczoraj wyższą rozdzielczość (wcześniej była jakaś pośrednia). Więc jeśli korzystasz z DVB-T, to warto przeskanować ponownie kanały, bo na różnych MUX-ach nadawane są różne rozdzielczości. Szukaj tych w których logo TVP ma HD w nazwie.

A wracając do Niedźwiedzia, to Brodka i Andrus mają bardzo dobre piosenki na topie LP3!

Podsumowanie roku 2011

Saturday, December 31st, 2011

Znów czas podsumowań. Do końca roku jeszcze parę godzin, więc napiszę co mnie tam miłego spotkało.

Rodzina

Maja z Aliena zamieniła się w Kornika. Wreszcie idzie się z nią dogadać. Nawet za bardzo :).  Płynnie posługuje się takimi wyrazami jak “identyfikator”, “kurde mole”, “obiecuję”, “chyba” i tysiącem innych. Po wyjściu z kościoła potrafi z lekkim wspomaganiem zaśpiewać zwrotkę “Przybieżeli do Betlejem”, a przecież do dwóch lat jeszcze daleko. Oj będzie w przedszkolu solistką 🙂

Julia miała Komunię, przewiosłowała kajakiem parę kilometrów, teraz biega na Uniwersytet Dziecięcy, Zuchy, angielski a w międzyczasie czyta, rośnie, śpiewa i robi popcorn.

Ja tu i tam jestem ładniejszy niż byłem 😉

Mysza po prostu Myszuje całemu temu harmidrowi.

Co w Krakowie?

W Krakowie ten rok to zmiany komunikacyjne. Nowa Nowohucka, nowe rondo Ofiar Katynia, nowa Lipińskiego i wylot z Ruczaju, nowy tramwaj na Ruczaj, nowy kawałek obwodnicy do Modlniczki. Normalnie Highway.

Muzyka

Muzycznie najlepsze płyty tego roku (niekoniecznie wyszły w tym roku, ale w tym roku trafiły na półkę) to (kolejność alfabetyczna):

  • Adele “21”
  • Dream Theater “Images and Worlds” + “Systematic Chaos”+”Black Clouds and Silver Linings” + “Awake”
  • Soundtrack “Listy do M.” (wreszcie mam składankę świątecznych hitów na poziomie)
  • Soundtrack “Tron 2.0”
  • Yemen Blues (tytuł nieznany, ale to było moje etniczne odkrycie roku)
  • Yes “Fly From Here” (po 10? latach przerwy)
  •  Zakopower “Boso”

Z kategorii muzyka warto jeszcze wspomnieć o koncercie “The Wall” Rogera Watersa w łódzkiej arenie (byłem, byłem 🙂

Filmy

No tu słabiej, ale “Listy do M.” i “Incepcja” to dwa faworyty z przeciwnych biegunów X muzy (chrzanie filmy ambitne, bo film oglądam po to by się dobrze bawić a nie po to by opowiadać że “byłem”). Na HBO z przyjemnością oglądałem serial “Gra o Tron” (na podstawie Martina). A przy okazji byłem też na ostatnim Woody Allenie “O północy w Paryżu” i…”

Książki

Tu jak zwykle gęsto. Skończyłem wszystkie tomy Malazańskiej Księgi Poległych, “Millennium” Larssona, przeczytałem dwie “Kobiety na krańcu świata” Martyny Wojciechowskiej, cztery “Blondynki…”Beaty Pawlikowskiej, antologię “Dream Songs” Martina, tradycyjnie kilka Pratchettów (jestem na bieżąco) i parę przypadkowych książek pomiedzy. A dziś prolog “Tańca ze Smokami” Martina…

Gry

Rok 2011 = Rok Nintendo 3DS (dzięki Marta :). Gry na PC nie istnieją, gry na telefon nie istnieją, gry na 3DS-a istnieją codziennie. Ulubione trzy? The Legend of Zelda: Link’s Awakening DX (RPG z Gameboya która wyszła pierwotnie w 1993 roku, w 1999 otrzymała kolory!!!, a w tym roku wyszła jako port na 3DS’a. Skończyłem ją dziś. Zajęło mi to 36 godzin czystego grania, kosztowała 24 PLN. Ktoś powie że bez sensu, ale to tak jakby bilet do kina kosztował 1,5 PLN). A poza tym : Zen Pinball 3D (jestem mniej więcej 10-ty w kraju 🙂 i logiczna “Pullblox”.

Czego nie zrobiłem

Nie kupiłem sobie zegarka. Dwa razy było blisko, bardzo blisko. Może jeszcze nie nadszedł czas? Chyba poczekam do 40-tki.

Nie kupiłem też telewizora, choć model w zasadzie już wybrany (Panasonic G30), ale umówmy się że nie jest to artykuł pierwszej potrzeby (no może bardziej przydatny niż dobry zegarek).

Nie zrobiłem 1000 km na rowerze (ale za to Maja zrobiła ze 100 na moim!)

Ale za to wyszedłem w zimie na Babią Górę

A co w 2012?

Zacznę od dalszego czytania “Tańca ze Smokami”, potem kolejna “Blondynka…”. Na pewno zagram w dwie lub trzy części “The Legend of Zelda”. Liczę też że z bliska poznam “Zion”, “Bryce”, “Arches” i parę bardziej znanych miejsc (jak się uda to opiszę). A poza tym że będą Autostrady a Koniec Świata nie. No i może uda się podjąć pewną ważną decyzję.

A wam tradycyjnie na Nowy Rok życzę “Homeostazy i Eudajmonii” 🙂

Yemen Blues

Monday, July 11th, 2011

Tydzień temu byłem na koncercie na Szerokiej (Festiwal Kultury Żydowskiej).

Wyniosłem z niego jedno – płytę izraelsko-jemeńskiego zespołu YEMEN BLUES. (Tak naprawdę to wyniosłem ją z łącza DSL, ale bardzo chciałem inaczej…). Brzmią arabsko, hipnotycznie, energicznie, ale przede wszystkim INACZEJ.

A teraz jak sobie wieczorem stanę z zimnym łokciem na światłach i puszczę arabów, to ludzie się dziwnie patrzą na przystankach. (Taka celowa prowokacja, bo niektórzy to chyba w życiu nie słyszeli czegoś co nie leci na Esce czy Zetce.)

(jak się znudzą, to na światłach puszczę Bollywood 🙂

Śpiewające babki

Wednesday, April 20th, 2011

No cześć.

Żeby nie było że słucham tylko dziadka Watersa, to zareklamuję dwie płytki.

Adele “21” i Florence and the Machine “Lungs”

Obie popowe (bez przesady, ale na tyle popowe na ile np. Kate Bush)

Obie znalazłem na Liście Przebojów Programu Trzeciego (pierwsza dycha).

Mam wrażenie że “Adele” jest łatwiejsza i bardziej przebojowa (będzie jej dużo w radiu) a Florence trochę bardziej zakręcona  i ambitniejsza (ale tylko trochę). Ot taka odskocznia w stronę śpiewających babek. Zaliczam to co roku. Ostatnie zaliczenia z tego tematu to np. ZAZ, KT Tunstall, Katie Melua i Amy McDonald.

Roger Waters – The Wall (Łódź, Atlas Arena, 18 kwietnia 2011)

Wednesday, April 20th, 2011

Przedwczoraj wróciłem z fajnego koncertu. Legendarna ŚCIANA Pink Floydów na żywo!

Nie jeżdżę na koncerty za często bo mój “nie rmf-owo-zetkowo-eskowy” gust muzyczny sprawia, że mało kiedy pojawia się w Polsce ktoś kogo chciałbym zobaczyć na żywo, a czasem po prostu coś przegapię lub termin nie pasuje.

Jakieś 20 lat temu “ŚCIANA” wywróciła mi świat muzyczny (może nie tylko) i sprawiła że dziś słucham tego czego słucham. Na pewno jest mojej 10-ce wszechczasów. Dziś w samochodzie znów przekonałem się, że tekst całej płyty znam w zasadzie na pamięć. Oczywiście ze wspomaganiem CD, ale mogę bawić się w karaoke (he chyba nikt nie puścił nigdy kawałków z The Wall w barze karaoke :)).

To samo dotyczy filmu z Geldofem jako Pinkiem, ale wróćmy do samego koncertu. Jak ktoś zna The Wall, to wie że w zasadzie od początku jest ściśle związana z filmem i w zasadzie nie da się jej pokazać inaczej. Dlatego podstawową różnicą między tym koncertem a każdym innym (no może za wyjątkiem np. zagrania “Czterech pór roku”) jest to, że od początku do końca wiemy jakie będą utwory, w jakiej kolejności i mniej więcej jak będzie wyglądała scenografia. Musi być po prostu wiernie.

I tak właśnie było. Była więc gigantyczna ściana, był Nauczyciel, Matka i latająca świnia, bombowce, Sąd i kochanka, pokój z lampą i telewizorem, flagi, maszerujące młotki i robale. Spora część wyglądała tak jak w filmie (te same animacje) ale część efektów była już mocno podciągnięta komputerowo (np czasem Ściana latała, łamała się i świeciła na różne kolory, bardzo “trójwymiarowo”).

A sam Waters? No cóż, nie ma co mówić, to już dziadek (67 lat, siwy, pomarszczony) i trochę brakuje mu sił na śpiewanie trudniejszych kawałków. Dlatego czasem zastępowały go chórki albo ktoś z zespołu. Oczywiście gdy ubrał czarne okulary i SSmański skórzany płaszcz wyglądał jak 20 lat temu, ale jak sam śpiewał to tylko taki “disquise”. Muzycznie The Wall jest patetyczne, czasem smutne i tylko z rzadka podchodzi pod “power+fireworks” (może z 5 utworów), ale mimo wszystko całość zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. I zazdroście ci, którzy nie byli tam ze mną.

PS. Ze względów organizacyjnych nie miałem ze sobą aparatu, ale udało mi się nagrać trochę komórką (ledwo wydalała). Więc jeśli dam radę z tego coś sklecić, to zainteresowanym udostępnię jakoś. Tylko pamiętajcie że to nie DVD… A zresztą wystarczy na YouTube zapodać “waters atlas arena” i już macie, bo mnóstwo ludzi nagrywało jak mogło.

PS 2. Adam dzięki za “wskazanie koncertu palcem” i towarzystwo. A na Dream Theater chyba nie pojadę. Może to i fajne, ale boję  się że ogłuchnę i że za słabo mi wychodzi machanie czupryną.

Piosneczki

Wednesday, March 2nd, 2011

W ramach krzewienia kultury rodziny w młodym pokoleniu (w naszym przypadku równie licznym co starsze), opracowaliśmy kilka “piosenek” rodzinnych. Oto one, zachęcam do tworzenia swoich. Ze względu na wtórny analfabetyzm i brak możliwości technicznych, partytur nie umieszczam.

Luli, luli – piosenka wieczorna:

Luli, luli, Tata Maję tuli,

Luli, luli, Tata Maję tuli.

Tekst nie ulega zmianie, nawet jeśli tuli ktoś inny.

Piosenka mleczna: dobre ćwiczenie na koncentrację u śpiewającego, bo słowa mają nieprzypadkową kolejność.

Maja pije mleko, pije mleko Maja,

Mleko Maja pije, Maja pije mleko,

Pije  mleko Maja, mleko Maja pije.

Panama – piosenka radości z bycia razem:

Jesteśmy w Panamie! Jest nam fajnie! Tańczymy Taniec Radości!

Jesteśmy w Panamie! Jest nam fajnie! Tańczymy Taniec Radooooości!

Jedzie Joe! – piosenka kolanowych podskoków. Występuje w niej dwójka bohaterów jadących w nieznane: Joe (Maja) i jego dzielny rumak  Koń Joe (Ja).

Jedzie Joe, macha lassem. Jedzie Joe, macha lassem!

Jedzie Joe, macha lassem, a po prerii się rozlega jego głos!

I wtedy co???? I wtedy Koń Joe powiedział:

@$#^#^%$&^$%&^%&$#&*

A Joe poleeeeciał przez kierownicę!!!

*gdzie  “@$#^#^%$&^$%&^%&$#&” to tzw. kluczowa kwestia opowiadania, po której Joe (Maja) leci ze śmiechem w powietrze. A o to parę wypowiedzi Konia Joe, z paru odcinków tej Bonanzy (pewnie były lepsze, ale ich teraz nie pamiętam):

– Bileciki do kontroli!

– Joe, na cholerę my tak jedziemy i jedziemy?

– Joe, zapomniałem zmienić podkowy na zimowe (i wyrżnął orła)

– Hey Joe, where are you going with that gun in your hand? Ta-da-da-da-da

– Joe, wreszcie Meksyk!

– Joe (cicho), zapomniałem swojej kwestii…

– Joe, czy czułeś się kiedyś jak osioł?

– Daleko jeszcze??!

– Joe, kontrolka owsa się pali. You know…

– Joe, jakbym to ja na tobie jechał, to byś tak nie machał tym lassem…

– Joe, dawaj kasę albo dalej nie jadę!

– FATAL SYSTEM ERROR! (i padł)

Hurtsomania

Saturday, February 5th, 2011

mnie dopadła

http://www.allmusic.com/artist/hurts-p2074963/discography 

Płytowe podsumowanie roku 2010

Thursday, December 30th, 2010

Do Nowego Roku został 1 dzień, więc mogę chyba już napisać o płytach, które mnie w tym roku poruszyły. Tym razem jest ich mniej, bo tylko pięć. Oto one:

  1. Monika Brodka (!) – Granda – W  życiu bym nie pomyślał, że spodoba mi się coś co wymyśli gwiazdka Idola. A jednak! Nowa płytka Brodki jest bardzo świeża. Energetyczne piosenki o zaplątanych tekstach, wpadające w ucho ale nie banalne, czasem trochę przypominające Nosowską. Stawiam na to, że “Granda” zostanie w paru  zestawieniach polską płytą roku. Poznałęm ją przypadkiem gdy włączyłem Listę Przebojów Programu Trzeciego. Miała dwa kawałki w pierwszej dziesiątce. Godzinę później zdobyłem mp3 a następnego dnia poleciałem do Empiku. Moje ulubione kawałki to tytułowa “Granda” i ” W pięciu smakach”. Kawałki bez problemu znajdziecie w sieci lub w Empiku. A i żeby komuś potem nie przyszło do głowy słuchać poprzedniej płyty (“One” czy jakoś tak), bo NIJAK się ona ma do znakomitej Grandy.)
  2. ZAZ – ZAZ – płyta francuska, debiut młodej dziewczyny o której w zasadzie nic nie wiem. Nawet nie wiem o czym ta płyta jest, bo francuskiego nie znam ani trochę, ale słucha się świetnie. To znowu kilkanaście żywych i melodyjnych piosenek. Płyta od paru miesięcy nie opuszcza samochodu (podstawowy miernik jakości), a Julka potrafi zaświewać nawet parę zwrotek.
  3. HEY – Miłość, uwaga, ratunku, pomocy! – płyta z samego początku roku, trochę mi już przeszła, ale wiem że wróci.
  4. Katie Melua – The house – wspaniały powrót dziewczyny od 9 milionów rowerów z Pekinu
  5. Kings of Leon – Come Around Sundown – ta płyta powinna być chyba wyżej w zestawieniu, ale dałem paniom pierwszeństwo. Tym razem rock alternatywny, trochę zalatujący U2, trochę Muse, czasem lekkim country z południa USA (no może bardziej Brucem Springsteenem. Płyta zróżnicowana ale ciekawa.

No i tyle

PS: dwa dni temu wpadła mi w ucho Janelle Monáe z płytką ArchAndroid , ale jeszcze nie wiem co o niej myśleć.

Słuchaj uchem a nie brzuchem

Sunday, August 15th, 2010

Jakieś 10 lat temu (kurcze ale ten czas leci) kupiłem sobie dobre hi-fi (Yamaha+B&W) (audiofile nie śmiać się!)

Raz na jakiś czas nadchodzi ten czas gdy człowiek zastanawia się czy dałoby się niedużym wydatkiem podnieść jakość dźwięku (“złote gniazda”, “kabelek za 200 PLN/metr” itp). Do mnie ten czas przyszedł dziś, w dniu w którym wszystkie sklepy są zamknięte. A jednak udało się!

Zainwestowałem parę złotych (a właściwie żona zainwestowała nieświadomie parę miesięcy temu) i poprawiłem jakość na “ostatnim ogniwie łańcuchu dźwiękowego” – w swoim UCHU! A jak? A tak:

Bierzemy wodę utlenioną, kładziemy się na boku i wysoce precyzyjnym narzędziem (czyli tym co kto znajdzie w domu) wlewamy sobie ją do ucha. Czekamy… i “woda sodowa uderza nam do głowy” a właściwie do ucha. Z chemii zawsze byłem cienki (nawet czwórki się zdarzały 🙂 ), ale wyczytałem w internecie, że któryś z tych nadmiarowych tlenów z wody, jak sama nazwa wskazuje -utlenionej, wiąże się w naturze z woskowiną z uszu ( w przeciwieństwie do cukru który w naturze NIE wiąże się z pomarańczami). Efektem jest “bobelkowanie w uchu” które znakomicie rozpuszcza woskowinę tam gdzie wzrok i patyczek nie sięga. Po pół godzinie (5 minut zastanawiania się co i jak, a potem po 10 minut na każdym z boczków i 5 minut na schnięcie) odpaliłem na nowo Yamahę… i poczułem się jakbym miał sprzęt o 1000 PLN droższy.

Ciężko opisać efekt, bo to nie jest tak że nagle w zespole Rush pojawiło się dwóch nowych muzyków, ale dużo(?) lepiej słyszę te szczegółowe wysokie tony. Pierwsza analogia jaka przyszła mi na myśl to rozciągnięcie histogramu fotografii. Zdjęcie niby takie samo ale wyraźniejsze i sięgające “od bieli do czerni”. Polecam wszystkim ciekawym.

Efekt uboczny jest taki, że teraz lepiej będę słyszał co żona ode mnie chce…

Transatlantic

Saturday, April 24th, 2010

Moje kolejne odkrycie muzyki progresywnej

Tym razem nie mamy do czynienia z dziadkami ale z całkiem współczesnym zespołem, tzw. supergrupą (złożoną z członków Dreamtheater, Marillion, Flower Kings i jeszcze jakiegoś zespołu. W krótkim czasie poznałem 3 płyty zespołu (czyli poza koncertówkami wszystkie): SMPTe, Bridge Across Forever (tylko 4 utwory ale i tak ponad godzina muzy) i Whirlwind (dwupłytowa z 2009 roku). I powiem wam że jest świetnie. Tak świetnie, że Mysza już rzyga rockiem progresywnym.

Sample i recenzje jak zwykle można znaleść np. na www.allmusic.com