Archive for the ‘Ksi??ki’ Category

Podsumowanie roku 2011

Saturday, December 31st, 2011

Znów czas podsumowań. Do końca roku jeszcze parę godzin, więc napiszę co mnie tam miłego spotkało.

Rodzina

Maja z Aliena zamieniła się w Kornika. Wreszcie idzie się z nią dogadać. Nawet za bardzo :).  Płynnie posługuje się takimi wyrazami jak “identyfikator”, “kurde mole”, “obiecuję”, “chyba” i tysiącem innych. Po wyjściu z kościoła potrafi z lekkim wspomaganiem zaśpiewać zwrotkę “Przybieżeli do Betlejem”, a przecież do dwóch lat jeszcze daleko. Oj będzie w przedszkolu solistką 🙂

Julia miała Komunię, przewiosłowała kajakiem parę kilometrów, teraz biega na Uniwersytet Dziecięcy, Zuchy, angielski a w międzyczasie czyta, rośnie, śpiewa i robi popcorn.

Ja tu i tam jestem ładniejszy niż byłem 😉

Mysza po prostu Myszuje całemu temu harmidrowi.

Co w Krakowie?

W Krakowie ten rok to zmiany komunikacyjne. Nowa Nowohucka, nowe rondo Ofiar Katynia, nowa Lipińskiego i wylot z Ruczaju, nowy tramwaj na Ruczaj, nowy kawałek obwodnicy do Modlniczki. Normalnie Highway.

Muzyka

Muzycznie najlepsze płyty tego roku (niekoniecznie wyszły w tym roku, ale w tym roku trafiły na półkę) to (kolejność alfabetyczna):

  • Adele “21”
  • Dream Theater “Images and Worlds” + “Systematic Chaos”+”Black Clouds and Silver Linings” + “Awake”
  • Soundtrack “Listy do M.” (wreszcie mam składankę świątecznych hitów na poziomie)
  • Soundtrack “Tron 2.0”
  • Yemen Blues (tytuł nieznany, ale to było moje etniczne odkrycie roku)
  • Yes “Fly From Here” (po 10? latach przerwy)
  •  Zakopower “Boso”

Z kategorii muzyka warto jeszcze wspomnieć o koncercie “The Wall” Rogera Watersa w łódzkiej arenie (byłem, byłem 🙂

Filmy

No tu słabiej, ale “Listy do M.” i “Incepcja” to dwa faworyty z przeciwnych biegunów X muzy (chrzanie filmy ambitne, bo film oglądam po to by się dobrze bawić a nie po to by opowiadać że “byłem”). Na HBO z przyjemnością oglądałem serial “Gra o Tron” (na podstawie Martina). A przy okazji byłem też na ostatnim Woody Allenie “O północy w Paryżu” i…”

Książki

Tu jak zwykle gęsto. Skończyłem wszystkie tomy Malazańskiej Księgi Poległych, “Millennium” Larssona, przeczytałem dwie “Kobiety na krańcu świata” Martyny Wojciechowskiej, cztery “Blondynki…”Beaty Pawlikowskiej, antologię “Dream Songs” Martina, tradycyjnie kilka Pratchettów (jestem na bieżąco) i parę przypadkowych książek pomiedzy. A dziś prolog “Tańca ze Smokami” Martina…

Gry

Rok 2011 = Rok Nintendo 3DS (dzięki Marta :). Gry na PC nie istnieją, gry na telefon nie istnieją, gry na 3DS-a istnieją codziennie. Ulubione trzy? The Legend of Zelda: Link’s Awakening DX (RPG z Gameboya która wyszła pierwotnie w 1993 roku, w 1999 otrzymała kolory!!!, a w tym roku wyszła jako port na 3DS’a. Skończyłem ją dziś. Zajęło mi to 36 godzin czystego grania, kosztowała 24 PLN. Ktoś powie że bez sensu, ale to tak jakby bilet do kina kosztował 1,5 PLN). A poza tym : Zen Pinball 3D (jestem mniej więcej 10-ty w kraju 🙂 i logiczna “Pullblox”.

Czego nie zrobiłem

Nie kupiłem sobie zegarka. Dwa razy było blisko, bardzo blisko. Może jeszcze nie nadszedł czas? Chyba poczekam do 40-tki.

Nie kupiłem też telewizora, choć model w zasadzie już wybrany (Panasonic G30), ale umówmy się że nie jest to artykuł pierwszej potrzeby (no może bardziej przydatny niż dobry zegarek).

Nie zrobiłem 1000 km na rowerze (ale za to Maja zrobiła ze 100 na moim!)

Ale za to wyszedłem w zimie na Babią Górę

A co w 2012?

Zacznę od dalszego czytania “Tańca ze Smokami”, potem kolejna “Blondynka…”. Na pewno zagram w dwie lub trzy części “The Legend of Zelda”. Liczę też że z bliska poznam “Zion”, “Bryce”, “Arches” i parę bardziej znanych miejsc (jak się uda to opiszę). A poza tym że będą Autostrady a Koniec Świata nie. No i może uda się podjąć pewną ważną decyzję.

A wam tradycyjnie na Nowy Rok życzę “Homeostazy i Eudajmonii” 🙂

Zaczytany styczeń

Saturday, February 5th, 2011

Strony lecą jak wióra.

W styczniu przeczytałem:

“Pył snów” Eriksona

“Podróżnik WC” Cejrowskiego

“Zrób sobie raj” Szczygła

“Millennium -Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet” – Stieg Larsson

“Cyfrowe marzenia – historia gier komputerowych i wideo” (jakiś polski autor)

Nie liczyłem, ale na oko to jakieś 3500 stron

Pilipiuk

Sunday, May 2nd, 2010

Jakby komuś się zachciało polskiego fantasy(?) to zdecydowanie ODRADZAM piśmidła Andrzeja Pilipiuka o Jakubie Wędrowyczu (Kroniki Jakuba Wędrowycza, Wieszać każdy może, Weźmisz czarno kurę, Homo Bimbrownicus).

Kicha, kiła i konopie!

Stary dziadek lata za duchami i satanistami ale przede wszystkich chla wódę i ma w kieszeni nieskończony zapas granatów a w szopie ruskie pepesze. Krótkie opowiadania są jeszcze znośne, ale wszystko powyżej 50 stron to już grafomania. Tematy od sasa do lasa – wilkołaki, Lenin wśród faraonów, hotel z satanistami i wejściem do piekła, wysadzanie studni bimbru. Gdyby z książki wyciąć zdania o bimbrze, piwie i kacu to schudła by o połowę. Takie połączenie (marne) Samych swoich, Kiepskich i Archiwum X.

Kupiłem bo w empiku była dwudniowa promocja 3 za 2 i nie znalałem  tego co chciałem. Naciąłem się, bo złamałem regułę “Jeśli nie wiesz co kupić, kup Pratchetta”.

Dan Brown – Zaginiony Symbol

Saturday, April 24th, 2010

W tamtym tygodniu przeczytałem ostatni bestseller(?) Dana Browna. Książkę czyta się bardzo szybko. Ma około 600 stron, ale jeśli ktoś ma wolny weekend, to 2-3 dni w zupełności wystarczą. Tym razem profesor Langdon pędzi jak szalony po Waszyngtonie prowadzony sekretami masonów, chcąc uratować jednego z nich,  swojego przyjaciela Petera Salomona. Powieść ma identyczną konstrukcję jak dwie poprzednie książki o Langdonie (Kod… i Anioły…). Znów akcja dzieje się w ciągu 24 godzin, bohaterowie są w ciągłym biegu, co kilkadziesiąt stron znajdują jakiś tajemniczy symbol a przeszkadza im w tym czarny bohater (tu akurat bardzo ciekawy). Całość podzielona jest na króciutkie, 2-3 stronicowe rozdziały co znakomicie podnosi tempo czytania (“jeszcze tylko jeden…”).

Jakie wrażenia? Jak ktoś lubi filmy akcji, książka jest w sam raz. Ale nie należy wymagać że książka skłoni nas do jakiejś refleksji, liniowa akcja z wszystkim podanym na tacy nie zmusza do myślenia, a czcionki z opisami przyrody gdzieś zaginęły. Ot wakacyjno-pociągowa lekturka.

Kroniki Amberu

Saturday, April 10th, 2010

Do Kronik Amberu Rogera Zelaznego podszedłem z nadzieją. Przecież to podobno klasyk fantasy.

Niestety dla mnie kicha.

Przedstawiony świat ma parę unikalnych pomysłów, których nie da się powtórzyć w innych książkach bez oskarżenia o plagiat, ale niestety nie wciągnął mnie tak jak powinien.

O czym to jest? Zaczyna się ciekawie, bo główny bohater budzi się z amnezji w szpitalu, nie wie kim jest a po pewnym czasie do normalnego niby świata wkraczają osoby które normalne na pewno nie są. Zaczyna się ucieczka w czasie której świat o którym czytamy zaczyna zmieniać kształty i kolory. Na kolejnych stronach autor tłumaczy że zmiana koloru nieba na np. zielony w różowe pasy to nic niezwykłego bo:

– nasz świat nie istnieje – jest tylko jednym z Cieniów prawdziwego świata

– prawdziwy świat jest tylko jeden -Amber

– rodzeństwo książąt Amberu (9 braci i 4 siostry) mogą podróżować poprzez niezliczone Cienie Amberu a przede wszystkim stwarzać je i modyfikować gdy tylko chcą.

Do tego dochodzi przewodni  motyw walki o tron po ojcu który zniknął i rozmowy przez Atuty (karty które są połączeniem komórki i telportu).

Dla mnie całość robi wrażenie oglądania Dynastii w której każdy chce napsuć krwi każdemu, napisanej prostym językiem (drętwe dialogi, akcja czasem opisana bardzo skrótowo, czasem rozwleczona). Najgorsze są jednak opisy podróży między Cieniami, w których przez 5 stron czytamy że niebo zmieniło kolor, drzewa się powyginały a powietrze zrobiło się brzęczące. Można to porównać do opisu przyrody nad Niemnem, ale zrealizowanego na gumowej kliszy filmowej, losowo zmieniającej kolory.

Zdarzają się w tym fajne momenty, ale te wszystkie senne majaki, odniesienia do rzeczywistości (karabiny!, samochody) spowodowały że 15 stron przed końcem rzuciłem książkę w kąt. Po prostu im dalej tym bardziej była porąbana. Nawet moje sny odpadają przy rozmowie z zakopaną gigantyczną głową i zachwytem nad zmieniającym się kolorem mgły.

Zamiast porządnego średniowiecznego fantasy mamy skrzyżowanie Dynastii z Odmiennymi Stanami Świadomości. Błe!

Dwa lata w Malazie

Wednesday, March 17th, 2010

Właśnie skończyłem ósmy, na dziś ostatni wydany, tom “Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” Stevena Eriksona. Pierwszy tom wziąłem do ręki dwa lata temu.

Pierwsze wrażenie? Poraża (a czasem przytłacza) rozległością magii, bogów, spisków, wojen, kultur i ras, splecionych razem w bardzo bogaty świat, przy którym “Władca pierścieni” to w zasadzie opowiadanie o kilku kumplach na wycieczce i złym sąsiedzie za płotem.

Akcja toczy się w świecie targanym wojnami i skutkami dawnych wojen i konfiktów między bogami i rasami. Przez karty powieści przewija się kilkaset(!) postaci (ludzi, nieumarłych, bogów, bogów którzy kiedyś byli ludźmi i ludzi którzy tak naprawdę są bogami)). Z tych kilkuset postaci, około setki przewija się przez całą książkę, co powoduje że w zasadzie nie ma w niej jednego głównego bohatera, ale dzięki temu każdy znajdzie w niej swoją ulubioną postać – złodzieja, skrytobójcę, drużynę saperów, historyka, najbiedniejszego geniusza ekonomii i jego sługę (pradawnego boga), niepokonanego cesarza i wojownika który go zabił, ciamajdowatych strażników i wrednych bandziorów, duchy i demony, sympatycznych nieumarłych “żyjących” od kilkdziesięciu tysięcy lat i kilkuletnie dziecko pracujące w kopalni. Największą zaletą jest duża różnorodność postaci i skomplikowane charaktery. Bardzo często jest tak, że po kilkuset, albo paru tysiącach stron od poznania postaci diametralnie zmieniamy sposób w jaki ją postrzegamy. Zaczynamy rozumieć motywy bohaterów negatywnych, zaczynamy im współczuć lub wręcz stajemy po ich stronie.

Oprócz ogromu świata najbardziej spodobały mi się dwa zastosowane zabiegi. Po pierwsze, bardzo często Erikson pokazuje nam jakieś wydarzenie oczami kilku bohaterów jednocześnie, czasem w skali mikro (ktoś wychodzi z baru, towarzyszymy mu przez kilka akapitów a potem nagle to samo zdarzenie widziane jest przez skrytobójcę z którym leżymy na dachu i myślimy jak najlepiej usunąć przechodnia w dole spośród żywych), a czasem w skali makro, gdzie bitwa lub cała wojna pokazana jest jednocześnie ze strony oblegających i obleganych, pościg z punktu widzenia ofiary i ścigającego. Druga sprawa to coś na co po części wskazuje tytuł cyklu – wielu pozytywnych bohaterów ginie, czasem heroicznie, czasem przypadkiem, co dodatkowo podnosi realizm przedstawionego świata (o ile ktoś przyjmie za realne podróże między światami i to że część bohaterów nie należy do świata żywych).

Książka jest przeogromna w każdym tego słowa znaczeniu. Osiem ksiąg to w sumie 8.230 stron. Wydany w podobnym formacie Władca Pierścieni to raptem 1.400 stron. Teraz rozumiem dlaczego Tolkien twierdził, że jedną z podstawowych wad Władcy, zgłaszanych przez czytelników jest to, że książka jest za krótka. W przypadku “Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” na pewno tak nie jest. Oczywiście przy takiej objętości Erikson nie ustrzegł się od paru “filozoficznych dłużyzn” których zrozumienie, choćby częściowe, wymaga dużego samozaparcia i szczerze mówiąc mnie przerosło, ale nawet jeśli wytniemy te ciężkie fragmenty to i tak zostanie z tego prawie “metr” twardego fantasy.

Zdecydowanie polecam, choć z uwagi na objętość, na przewracanie kartek należy sobie zarezerwować przynajmniej pół roku intensywnego czytania. Podobno dwa tomy jeszcze przed nami.

Jedno zdanie na koniec – większości ludzi “Fantasy” kojarzy się z jednym schematem: “Młody chłopak, bida z nędzą, odkrywa w sobie powołanie do zbawienia świata, albo ktoś, zwykle jakiś mag uświadamia mu, że celem jego życia jest uratowanie świata od Strasznego-Złego, który wcześniej zwykle zrobił temu chłopakowi, albo komuś za płotem Coś-Złego. Żeby uratować świat ma pójść w Straszne-Miejsce , pokonać Zezowatego-Potwora i przynieść Cudowną-Rzecz, która sprawi że Straszny-Zły zesra się w gacie.” To tak jakby uważać że cała muzyka to mniej więcej “Wlazł Kotek na płotek i mruga”, tylko trochę inaczej zagrany. To czego dokonał Erikson, czy np. George Martin w swojej “Pieśni Lodu i Ognia” to ZUPEŁNIE inna klasa. To klasyka literatury fantasy, zasłużone miejsce w pierwszej piątce powieści tego gatunku.

A teraz przede mną “Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego. Napisana w latach siedemdziesiątych, kolejna obowiązkowa pozycja z kręgu fantasy i fantastyki. Liczę że również ona mnie nie zawiedzie.

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/steven_erikson/przyplywy_nocy_tw/recenzja

http://malazanempire.com/site/index.php

http://www.biblionetka.pl/bookSerie.aspx?id=7098

http://www.biblionetka.pl/stats.aspx?genre=20

“Książka o fotografowaniu” – A.Mroczek

Tuesday, September 29th, 2009

Lubię fotografować – przecież wiecie.

A jak coś się lubi, to czasem warto o tym przeczytać. Książek o fotografowaniu przeczytałem już kilka, a przeglądnąłem kilkanaście. Właśnie skończyłem czytać kolejną i mogę powiedzieć, że to pierwsza, która naprawdę mówi o FOTOGRAFOWANIU, a nie o “przesuwaniu paseczka w Photoshopie”. Autor ma już 73 lata i pewnie miliony zdjęć za sobą. Nie są to na szczęście miliony zrobione na “najnowszym” aparacie firmy na C lub na N, który jest tak zajebisty, że można (trzeba?) na nim robić zdjęcia TYLKO w trybie AUTO.  Książka ma kilkanaście rozdziałów, w których Pan Andrzej snuje opowieść o tym jak fotografuje, o tym jak się do tego zabrać i na jakie trudności można napotkać. W wielu przypadkach są to opowieści o historii powstawania jakiegoś zdjęcia, czasem humorystyczne, czasem uciekające w świat filtrów 81B, aparatów miechowych i punktowych światłomierzy, ale zawsze pokazujące, że Autor ma ogromne (dla mnie wręcz niesamowite) doświadczenie i wiedzę na temat tego co robi. I to, że istnieje bardzo duża różnica między robieniem zdjęć, a fotografowaniem. I to, że KAŻDE zdjęcie wymaga przemyślenia. Bo inaczej zginie szybciej niż było zrobione.

Dla kogo jest ta książka? Chyba dla wszystkich tych, którzy znają już każdy guzik swojego aparatu i wiedzą kiedy go nacisnąć, ale mimo wszystko czują, że do granicy możliwości jeszcze daleko. Na pewno nie jest to książka w stylu “1001 tricków na 1001 fantastycznych zdjęć”, choć parę pomysłów rzeczywiście zadziwia. Można np. dowiedzieć się, że tzw. “szara karta Kodaka” nie odbija tak na prawdę 18% światła, a jedynie 13% i co z tego wynika. Oraz że by rozjaśnić, warto przyciemnić :).

Recenzje książki z pewnością znajdziecie w sieci, więc nie będę ich tu przytaczał. Kolejne rozdziały mówią o wyborze aparatu (że nie zawsze najdrożej = najlepiej, a z drugiej strony również o tym, że SĄ aparaty kosztujące np. 100.000 EUR), pomiarach światła, filtrach (połówki, polary i bardziej zaawansowane), kontrastach, fotografowaniu osób, krajobrazów, architektury, wnętrz, a na koniec o naśladownictwie, kompozycji i prezentacji fotografii.

Książkę wydał Helion, w dużym formacie i twardej oprawie. Ma 270 stron i kosztuje 69 PLN.

Na zakończenie  fragmencik, niekoniecznie reprezentatywny dla całej książki, ale wart zapamiętania:

“Uważam, że trzech wyobrażeń o dobrej kompozycji warto się trzymać.

  • Na dobrze skomponowanych fotografiach panuje reżim hierarchiczny. Najlepsze miejsce przysługuje bezdyskusyjnie najważniejszemu. As bierze wszystko.
  • Dobrze skomponowana fotografia jest jak biurko męża uporządkowane przez troskliwą żonę – zostaje tylko to, czego usunąć żadną miarą nie można
  • Na dobrze skomponowanych fotografiach nie ma przypadkowego tła. Tło pełni bardzo ważną funkcję. Każda sztuka rozrywa się przecież na jakimś tle”

Książka o fotografowaniu

Terry Pratchett – Night Watch

Sunday, August 30th, 2009

Pratchetta trzeba czytać. Oczywiście można powiedzieć “To fantasy, czyli literatura klasy “B”, oczko wyżej od Harequinów”. Na szczęście może tak powiedzieć tylko ktoś kto nie przeczytał ani jednej książki tego znakomitego autora.  Wystarczy 10 stron (no może za wyjątkiem pierwszych 2-3 tomów, gdy seria jeszcze poszukiwała swojego kształtu i celu) i już wiadomo że Świat Dysku Pratchetta to dużo więcej niż “młodzik z mieczykiem szukający Skarbu by pokonać Złego”.

“Night Watch” (Straż nocna) to dwudziesty siódmy tom cyklu (przeczytałem 24, z czego ponad połowę w oryginale). Z całego cyklu chyba najbardziej lubie tomy, których bohaterami są członkowie straży miejskiej Ankh Morpork (Kapitan Sam Vimes, Sierżant Colon, Carrot, Nobby, Angua). Głównym bohaterem/ofiarą kolejnych zdań “Straży nocnej” jest Sam Vimes, który tym razem ścigając przestępcę przenosi się w czasie… A jeśli ktoś ma problem z czasem, to pomóc mu może tylko Lu-Tze, Mnich historii, Sprzątacz.

Z tylnej okładki:

TRUTH! JUSTICE! FREDOM! AND A HARD-BOILED EGG!

Commander Sam Vimes of the Ankh-Morpork City Watch had it all. But now he’s back in his own rough, tough past without even the clothes he was standing up in when the lightning struck.

Living in the past is hard. Dying in the past is incredibly easy. But he must surivive, because he has a job to do. He must track down a murderer, teach his younger self how to become a good copper and change the outcome of a bloody rebellion. There’s a problem: if he wins, he’s got no wife, no child, no future.

A Discworld Tale of One City, with a full chorus of street urchins, ladies of negotiable affection, rebels, secret policemen and other children of the revolution.