Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja

19-20 lipca 2012

Te dwa dni to w zasadzie tylko przemieszczanie się z punktu A (Richfield), przez punkt B (Denver) do punktu C (Nowy Jork). Pierwszy dzień można w zasadzie streścić jednym zdaniem, które „powiedział” do mnie nasz Dziki Pies (GPS):

– Jedź 456 mil prosto, a potem skręć w prawo.

Co też uczyniliśmy. Wbrew pozorom było dość miło bo amerykańskie drogi to całkiem inna bajka niż polskie. Zawsze masz przynajmniej 2 pasy w jedną stronę, nawet wyprzedza się sennie, bez emocji, bo można wyprzedać np. przez kilometr czy dwa, a tempo zależy w zasadzie tylko od różnicy prędkości ustawionych na tempomatach obu aut. Tylko ostatnie mile przed Denver były do dupy bo trafiła się jakaś dziura w autostradzie, którą jak to bywa z dziurami należało zatkać korkiem. Korek miał z 10 mil i kosztował nas ponad godzinę toczenia się w żółwim tempie. No i przez to mój wieczorny spacer po Denver był samotny i trochę krótszy, bo z dziećmi wieczorem pójść już się nie dało. Gdyby ktoś miał specjalnie lecieć do Denver żeby coś pozwiedzać, to niech od razu wybierze jakieś inne miejsce. Ot trochę wieżowców, jedna deptakowa ulica The Mall czy jakoś tak, jakieś namiastki parków, szwędający się murzyni i to wszystko.

Z wieczornych rozrywek mieszkańcy Denver lubią chodzić do kina i się w nim strzelać. Czarny humor, ale jak lecieliśmy w samolocie to z telewizji dowiedzieliśmy się że niedaleko naszego hotelu w Denver jakiś debil zaczął strzelać w kinie i zabił 12 osób. Ech.

 Na drugi dzień oddaliśmy auto i polecieliśmy do Nowego Yorku a potem jeszcze kawałek na północ do Mahopac. Pomijając Big Apple cała droga do Mahopac wygląda „normalnie jak w Polsce”. Czyli lasy liściaste i jeziorka. W porównaniu do Dzikiego Zachodu ten „normalny” krajobraz wygląda bardzo agresywnie. Drzewa przy drodze , zieleń bez przerw i brak horyzontu oddalonego o przynajmniej 50 mil powodują że ma się wrażenie że wszystko na ciebie włazi. Mogę to porównać z powakacyjną akomodacją oka. Przed urlopem, człowiek siedzi i patrzy w monitor, książkę, jakiś papier. Generalnie blisko. Naturalne jest skupienie oka 1-2 metry od nas. Żeby spojrzeć w dal, trzeba „wytężyć wzrok”.  Na wakacjach, oko przestawia się na podziwianie krajobrazu i tylko czasem wraca na coś bliższego. U mnie objawia się to tym, że jak jadę autem na urlop to skupiam się na aucie tuż przede mną, a spojrzenie w dal jest delikatnie trudniejsze. Gdy wracam jest dokładnie odwrotnie. No a teraz wyobraźcie sobie, że oko patrzyło przez 10 dni kilka-kilkadziesiąt kilometrów przed siebie, a teraz po 10 metrach napotyka na ścianę lasu. Jutro odpoczywamy, więc pewnie mi przejdzie. A potem zmieniamy „Hi-way” na „My way” czyli jedziemy do Nowego Jorku  i będę przestawiał wzrok z patrzenia w dal i w dół na patrzenie w górę.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.