I did it my way

22 lipca 2012

„Byłem w Nowym Jorku, byłem i widziałem” śpiewał Turnau bez zachwytu. No i właściwie szału nie ma. Ale od początku.

Początek był bardzo fajny. Ponieważ było nas trochę dużo, ja z Mateuszem pojechałem pociągiem a babki samochodem. Pociąg jechał jakąś godzinę przez tereny w zasadzie „polskie” (no za wyjątkiem cmentarzy złożonych z „tabliczek” zamiast „pudełek” i po chwili ciemności zajechał na Grand Central. A potem wyszliśmy na powierzchnię. No i okazało się że Nowy Jork  jest przereklamowany. 5 Aleja jest węższa niż Marszałkowska w Warszawie czy Aleje w Krakowie. Wieżowców dużo, ale jakoś tak myślałem że będą wyższe a parki większe. Zieleni prawie nie ma (za wyjątkiem Central Parku który jest wyłącznie zielenią).  Mnóstwo murzynów i sklepików z niewiadomo czym. Przeszliśmy z Mateuszem do Times Square (ma szanse się podobać, ale w telewizji wygląda lepiej) a potem do Central Parku. Park jest bardzo fajny, bo różnorodny. Od wygolonych (prawie golfowych) trawników i boiska do gry, przez jeziorka, po „dzikie” tereny ze skałami, wąskimi krętymi chodniczkami i lekkim syfkiem (taki polski las).

Umówiliśmy się pod American Museum of Natural History. Był to pierwszy i najważniejszy punkt wycieczki. Dla mnie właśnie to muzeum jest główną atrakcją Nowego Jorku. Wcale nie Empire State Building czy Statua Wolności. Bo Empire czy Statua to budowle na które można popatrzeć z kilku stron i w zasadzie tyle. A w muzeum jest tyle eksponatów (zaryzykuję rząd wielkości „dziesiątki tysięcy”), że z każdej z sal można by w Polsce zrobić oddzielne muzeum. I co ważniejsze nie są to garści kamieni czy dziesiątki identycznych monet ale pełen przekrój przez życie na Ziemi. Mamy więc mnóstwo wnęk z wypchanymi zwierzętami, ale nie stoją one „na patyku” tak jak u nas, tylko w w pełni zaaranżowanym środowisku, na tyle realnym, że osoba o słabym wzroku nie odróżni zdjęcia „z klatki” od zdjęcia rzeczywistego. No i nie są to tylko lisy, ale głównie potężne nosorożce, bizony, niedźwiedzie i inne wielkie zwierzęta. Są też gabloty ze sztuką Indian z Ameryki Północnej i Południowej, ludów Afryki, Azji i wysp Pacyfiku, w każdej sali gra nastrojowa muzyka. Dużą atrakcją jest  wystawa dinozaurów i innych wymarłych zwierząt gdzie zgromadzono ponad 100 różnych szkieletów, w tym z 10 takich naprawdę dużych (tyranozaur i spółka). Są sale z meteorytami, minerałami, planetami, jakimiś pajęczakami i rybami. Duże wrażenie robi „plasterek” wycięty z sekwoi. Ma średnice jakiś 5-6 metrów. W sali wodnej pod sufitem wisi wielki kalmar i meduza. Największym eksponatem jest model wieloryba wiszący w dwupiętrowej sali. Tak na oko to ma objętość ze dwóch autobusów. Łaziliśmy po muzeum trzy godziny, czasem wolniej, czasem szybciej. Muzeum ma tylko jedną wadę – nie wolno w nim jeść. Niby naturalna rzecz, ale przy takiej skali daje w kość.

Po muzeum plany nam się trochę zmieniły, bo babki po krótkim spacerze w kierunku Lincoln Center straciły ochotę na oglądanie reszty miasta i nie dały się namówić na jazdę metrem. Rozdzieliliśmy się (poszły na sklepy) i resztę miasta zwiedzałem już sam. Po paru minutach doszedłem do Lincoln Center (plac z ascetycznymi budynkami z arkadami i fontanną) a potem wsiadłem w metro i pojechałem do Rockefeler Center. Metro w NY to bardzo fajna rzecz. Może nie grzeszy pięknością (niskie korytarze, żeliwne słupy, białe płytki na ścianach), ale za to wagony są czyste, klimatyzowane i dojeżdżają wszędzie w mgnieniu oka. Można sobie kupić kartę Metrocard ważną na metro i autobusy MTA, co ułatwia rozliczenia, zwłaszcza że na jednej karcie może jechać do 4 osób jednocześnie. Po 5 minutach dojechałem pod Rockefeler Center. Jeśli pamięta się przybliżeniu położenie jakiejś atrakcji na Manhatanie, mapa jest w zasadzie nie potrzebna. Ulice są ponumerowane i leżą w tej samej odległości, więc można określić czy mamy kierować się na północ (numerki rosną) czy na południe (maleją). Dopiero na dolnym Manhatanie numerki znikają i pojawiają się  nazwy. Tak więc wystarczyło pamiętać że Rockefeler Center jest przy 50-tej ulicy i nie było problemu z dotarciem na miejsce. Na Rockefeler Plaza jest kawiarnia, stoją flagi i złoty Prometeusz, którego chyba wszyscy kojarzą. Za rogiem jest też trochę mniej znany Atlas. Cel mojej wędrówki leżał jednak trochę gdzie indziej, a konkretnie 70 pięter wyżej na Top of the Rock. To taras widokowy na szczycie Rockefeler Center. W przeciwieństwie do Empire State Building polecam, bo raz że tańsze, a dwa że nie ma kolejek i od decyzji o wejściu do szczytu dachu mija może z 10 minut (z czego minuta w windzie o szklanym dachu). Widoki też pewnie ciekawsze, bo Central Park jest bliżej, widać Chryslera i MetLife (na starych zdjęciach to był PanAm). No i przede wszystkim dobrze widać sam Empire State Building. Na pewno widać go lepiej niż samego Empire, choć trochę pod słońce. Na górze spędziłem z pół godziny i zjechałem w dół.

Potem wskoczyłem w autobus i podjechałem pod Empire. Jak się stoi tuż pod to robi wrażenie, bo szczytu nie widać, a jak się trochę odejdzie w bok, zaczyna być fotogeniczny. Niestety fotografowanie wieżowców w NY nie jest proste, bo raz że ledwo mieszczą się w kadrze (na szczęście mam obiektyw zaczynający się od 24 mm) a dwa że jest duży kontrast i albo niebo jest białe albo ściany czarne. Po iluś tam próbach da się wypośrodkować i coś tam uzyskać, ale żeby zrobić zdjęcie „na ścianę” musiałbym mieć więcej czasu.

I znów skok do metra i podjazd kilka minut pod Flatiron Building (Żelazko). Był widoczny w oddali i w zasadzie można do niego dojść, ale po co skoro metrem jest szybciej i wygodniej. Pod Flatiron trafiłem na jakąś manifestację Meksyków, ale nie wnikam w lokalne spory, więc trochę popstrykałem i pojechałem dalej. Trafiłem na Washington Square, czyli jedyne miejsce które ma jakiś przyjemniejszy nastrój. Siedzą studenci, gość gra na fortepianie, jest duża fontanna i łuk tryumfalny, ktoś kręci film, jakaś grupa tańczy capoeirę. Miodzio. Jest tak trochę jak na krakowskim rynku, tyle że ciaśniej, bo dużą część placu zajmują drzewa. Potem ostatni skok do metra i wróciłem na Grand Central. Właśnie takimi skokami trzeba zwiedzać NY, bo łażenie po ulicach jest kapkę bez sensu. Ani ładne ani ciekawe. Ot sklepy, żółte taksówki i murzyny. Resztę atrakcji zostawiam na inny dzień, bo słońce jest już daleko na zachodzie i zdjęcia chyba nie wyjdą. Jutro dzień przerwy (zakupy?).

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.