A hell of a place to lose a cow

18 lipca 2012

Dziś napiszę krótko, bo dzisiejsze zwiedzanie, choć krótkie dało mi trochę popalić. Odwiedziliśmy zaczarowaną krainę Bryce Canyon. To ostatni z parków jakie chcieliśmy odwiedzić i był chyba najbardziej oryginalny, przynajmniej z wyglądu. Na pewno w google’u bez problemu znajdziecie charakterystyczny krajobraz Bryce przypominający nieco turecką Kapadocję. Cały Bryce Canyon to kilka amfiteatralnych niecek wypełnionych po brzegi ostańcami Hoodoo. Hoodoo w uproszczeniu wygląda tak, jakby ktoś z kolorowego błota robił ręką babki i stawiał je jedna na drugą, aż iglica osiągnie kilkanaście do kilkudziesięciu metrów. W Bryce takich iglic są tysiące a ich kolory zmieniają się warstwami. Mamy więc brąz, pomarańcz, żółty, biały, różowy i seledyn. Niektóre iglice stoją samotne, inne są połączone w bajeczne mury, baszty, zamki, organy.

Zwiedzać park można na dwa sposoby:

– przejechać się do punktów widokowych, gdzie ze skraju skalnej niecki rozciągają się kosmiczne krajobrazy z tysiącami wielokolorowych iglic,

Albo

– zejść na dno niecki poprzez labirynt murów, iglic i korytarzy.

My połączyliśmy te dwa sposoby. Najpierw zeszliśmy w dół szlakiem Queen’s Garden i wyszliśmy pod górę szlakiem Navajo Loop. Trasa ma około 4-5 km i zajmuje jakieś 3 godziny. Park leży na wysokości około 8000 stóp, czyli ponad 2500 metrów. Początek i środek jest bardzo przyjemny, bo najpierw schodzi się między iglicami w dół a potem idzie sosnowym lasem dnem kanionu. Niestety ostatni kilometr to droga przez mękę, choć widoki to rekompensują. Za jednym z zakrętów zaczyna się formacja zwana Wall Street czyli wysokie na kilkadziesiąt metrów beżowo-brązowe piaskowe wieże i mury. I znów dystans między nimi stopniowo się zmniejsza a szlak zaczyna coraz bardziej stromo piąć się w górę. Maja przez 2/3 drogi była bardzo grzeczna, opowiadałem jej o tym że idziemy przez zamek w którym mieszkała indiańska królowa, szukaliśmy wiewiórek, słuchaliśmy cykad, budowaliśmy piramidki z kamieni. Potem niestety gdy szlak zaczął piąć się w górę, wziąłem ją do nosidełka i noga za nogą powlokłem się w górę. Górskie ciśnienie zaczynało dawać znać o sobie. Na końcu Wall Street nogi ledwo się podnosiły, choć widoki były wspaniałe. Najpierw iglice pięły się nad nami, a potem stopniowo coraz bardziej to my wdrapywaliśmy się na dachy wieżowców. Na końcu czekała nas ciekawa formacja Thor’s Hammer, ale przyznam że z punktu w którym byliśmy za bardzo wlepiała się w tło. Żeby ją w pełni docenić trzeba było ponownie zejść kawałek w kierunku dna kanionu, a na to nie miałem już sił. Wyczerpani dotarliśmy w końcu na szczyt kanionu i autobusem wróciliśmy do naszego samochodu. Po krótkim orzeźwieniu (kapitalny sok The Naked,  lody itp.) wsiedliśmy do auta by docenić piękno kanionu z dwóch punktów widokowych The Bryce Point  i The Inspiration Point. Ten pierwszy zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wychodzi się na brzeg kanionu a w dole widać tysiące iglic we wszystkich kierunkach. Dosłowny oczopląs. The Inspiration Point wygląda podobnie. Na koniec klasycznie krótka wizyta w Visitor’s Center, zakup drobnych pamiątek i w drogę do hotelu. Dziś śpimy w Richfield, ale wyczerpani zwiedzaniem Bryce Canyon nie mieliśmy ochoty na spacer po mieście. Nowe siły wstąpiły w nas na chwilę na basenie, ale przecież nie można się moczyć w nieskończoność.

Jutro chyba nic nie napiszę, bo czeka nas po prostu „film drogi” czyli przejazd z Richfield do Denver, a blisko to nie jest… Jeśli przyjedziemy o ludzkiej godzinie i będziemy mieli chęć, to może jeszcze na chwilę wyjdziemy wieczorem na miasto, ale coś czuję, że największą rozrywką będzie zmieszczenie zawartości bagażnika Impali do dwóch walizek i trzech plecaczków, tak by nie mieć nadwagi.

No i nie wyszło krótko…

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.