Okładka National Geographic

17 lipca 2012

Rano wróciliśmy do Page. Odległość niewielka ale zapomniałem że „po drugiej stronie ulicy”  jest już inna strefa czasowa i pod Antelope Canyon Tours przyjechaliśmy godzinę za wcześnie. Wykorzystaliśmy ten czas na drugie śniadanie. Z ciekawości poszedłem też do Wal-Mart-a. Można tam kupić wszystko, od wędki, przez gry Nintendo po rybki w akwarium. Ja akurat wyszedłem z kartą sieciową do telewizora.

A potem zostawiliśmy cywilizację, wsiedliśmy na jeepa na wielkich resorach i pojechaliśmy na pustynię dnem wyschniętej rzeki. Trzęsło i waliło piachem, ale pół godziny później zajechaliśmy do miejsca gdzie piach kończył się skałą ze szczeliną. Przed nią stało jeszcze kilkanaście podobnych terenówek i wszyscy szykowali aparaty. Dojechaliśmy do Antelope Canyon, czyli kanionu szczelinowego we wnętrzu skamieniałej wydmy. Bardzo miła indiańska pani przewodnik, która była jednocześnie kierowcą naszego jeepa zaprowadziła nas do miejsca, które na pewno było kiedyś na okładce National Geographic. Antelope Canyon  to szczelina szeroka na 1-10 metrów, wysoka na kilkanaście metrów i bardzo kręta. Cały kanion ma około mili długości i powstał w miejscu, gdzie dawno, dawno temu rzeka musiała przecisnąć się przez nieco twardszy piaskowiec. Czasami było tak wąsko że musieliśmy zaczekać żeby przepuścić turystów wracających z wcześniejszej wycieczki. Skały mają kolor pomarańczowo-różowy i wiją się miękkimi łukami we wszystkie strony. Od czasu do czasu gdzieś z góry pada promień światła budzący na ścianach i podłodze kanionu świetlne refleksy. Promienie światła można dodatkowo podkreślić rzucając w powietrze garść piasku. Miejsce jest naprawdę czarodziejskie,  jedyne na świecie i warte swojej ceny. Wycieczki są organizowane przez Indian Navajo w określonych godzinach, bo żeby wywołać te wszystkie tęcze w kamieniu konieczne jest choć trochę światła, które wpada do kanionu przez wąskie szczeliny gdzieś na górze. No i oczywiście im lepsza godzina, tym wyższa cena. Dodatkowo organizowane są wycieczki dla fotografów, podczas których do kanionu wchodzi tylko 12 osób i mają one trochę więcej czasu na rozstawienie statywu i inne foto-zabawy. Taka przyjemność kosztuje ponad 80 USD od osoby. My na zwykłej wycieczce zapłaciliśmy  połowę mniej a zdjęcia i tak będą super. Mam tylko nadzieję, że piasek na pustynnej przejażdżce nie wlazł do aparatu, bo uszczelniany mam tylko obiektyw.

Po południu, poszliśmy na spacer po Kanab, czyli miasteczku gdzie kiedyś stacjonowały ekipy filmowe kręcące ¾ amerykańskich westernów. Co chwilę przy chodniku stoi tabliczka z jakąś westernową gwiazdą. Jest nawet malutkie muzeum Dzikiego Zachodu i parę stylizowanych sklepików z pamiątkami. Poza tym to typowe amerykańskie miasteczko z szeroką czteropasmową ulicą w środku, pełne stacji benzynowych, hoteli, fast-foodów, sklepików z pamiątkami i innych budynków w których nie wiem co jest ale pewnie powodują one, że mieszkańcy Kanab nie muszą nigdzie wyjeżdżać by zdobyć wszystko co im do życia potrzeba. Trzeba pamiętać, że do kolejnego większego miasta jest jakieś 100 km, a Leżajsk to przy takim Kanab istna metropolia

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.