Dzień na slow motion

15 lipca 2012

Dzień zaczynamy w Page a kończymy w Kanab. Chcieliśmy dziś zwiedzać Antelope Canyon ale okazało się że „wskazana” jest rezerwacja, bo atrakcja wielka a przepustowość ograniczona. Więc zamiast dziś, wejdziemy do Antelope Canyon we wtorek. Wiedząc, że czasem coś może się nie udać przewidziałem jeden dzień wolnego, więc lekka zmiana kolejności nie powoduje wykreślenia z planu wycieczki żadnego z parków.

Za to druga z dzisiejszych atrakcji wypaliła bez problemu, bo Horseshoe Bend niedaleko Page nie wymaga żadnych biletów i jest dostępny 24 h na dobę. Żeby dotrzeć do Horseshoe Bend trzeba zjechać parę mil za Page z drogi i pójść około 1 km lekko pod górę a potem lekko w dół, ścieżką przez pustynie z agawami i innymi krzaczorami. Zresztą nie wiem jak nazwać pustynię na której coś rośnie. Może to jest preria?

A czym jest Horseshoe Bend? To miejsce gdzie w wąskim, głębokim kanionie rzeka Colorado robi zakręt o 270 stopni.  Pamiętajcie że jeśli ktoś jest w Utah czy Arizonie to może być albo „in the middle of nowhere” albo w kanionie. Inne opcje są mało prawdopodobne. Zwiedzanie polega na podczołganiu się po skale na skraj urwiska i wyciągnięciu łba i aparatu nad kanion. Alternatywą jest wynajęcie łodzi i obejrzenie tego cudu natury od dołu, ale ponieważ na okładkach albumów o cudach natury USA, Horseshoe Bend jest pokazane od góry, zakładam że wybrałem lepszą opcję. Zresztą stateczki na dole były mikroskopijne, więc wolałem nie ryzykować kontaktu z zieloną rzeką.

W połowie drogi spotkaliśmy tzw. Park Ranger’a , który ku mojemu zaskoczeniu zapytał mnie po krótkiej rozmowie czy jestem local bo nie słyszy żadnego obcego akcentu… He, wyszło że mówię jak pierwszy lepszy Johny z Arizony, co mnie oczywiście ucieszyło. Zakładam że jednak był po prostu uprzejmy, bo co innego powiedzieć z dobrą amerykańską wymową że „We’ve seen the Grand Canyon yesterday”  a co innego napisać poprawny gramatyczny esej i zrozumieć każde słowo Indianki w restauracji . Jak powiedziałem że jesteśmy z Polski w Europie to się trochę zdziwił. Generalnie na szlakach słyszy się wszystkie języki świata. Są Japońcy i Chińczycy, Francuzi, Niemcy, Holendrzy (chyba), Polacy (dziś znów spotkaliśmy rodzinę z Bielska), Czesi. Raz chyba spotkałem ruskich!

Po wizycie w Horseshoe Bend pojechaliśmy na drugi koniec miasta, kamienistą drogą nad jezioro Powell Lake. To drugie co do wielkości sztuczne jezioro w USA. Ma ponad 130 mil długości i 1900 mil linii brzegowej. Turkusowa woda, dwukolorowe skały i motorówki. Cała marina. No i zapora z mostem w którego siatce wycięto specjalne szczeliny, żeby turyści mogli sobie pstryknąć zaporę lub rzekę z drugiej strony.

Droga do Kanab prowadziła wzdłuż jeziora, więc ze dwa razy zjechaliśmy jeszcze podziwiać widoki i wjechaliśmy do Utah. A samo Kanab to kolejne małe amerykańskie miasteczko, całkiem inne niż to widzieliśmy na wschodnim wybrzeżu. Kręcili tu westerny, więc pojutrze pójdziemy do westernowego muzeum.

Dziś zwiedzaliśmy Amerykę na spokojnie. Przerwa była potrzebna, bo w Arches, Monument Valley i Grand Canyon trochę tych kalorii spaliliśmy.

2 Responses to “Dzień na slow motion”

  1. Adam says:

    Tomek, nie żebym się czepiał, byłeś lepszy z matmy, ale te 270 stopni zawrotki to lekka przesada chyba? 180 stopni oznaczałoby że rzeka zawraca, 270 stopni -to już musiała by przecinać swój nurt zakręcając?

  2. TS says:

    270 stopni. Zobacz sobie w google’u. Po prostu robi pętle na 3/4 okręgu

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.