Wielki Kanion Kolorado

14 lipca 2012

Poranek w Flagstaff  nie zapowiadał fajnego dnia, bo samochód po nocy zastaliśmy mokry a niebo szare. Zjedliśmy śniadanko przy Route 66 i ruszyliśmy na północ do największej na świecie dziury w ziemi. Temperatura spadła miejscami do 59F (15C) i trochę popadało, więc tym razem zapowiadała się wtopa.  Krajobraz znów się zmienił. Tym razem była to mieszanka czarnej, wulkanicznej ziemi i równie ciemnych sosen (albo jakiegoś innego iglastego dziadostwa). Miejscami wyglądało to jak las pod Naklikiem, tyle że trochę rzadszy i ciemniejszy. No i pod Naklikiem nie ma takich szerokich dróg ani tylu wielkich terenówek i wozów kampingowych.

Nienajlepsze, z uwagi na deszcz, humory poprawiły nam się zaraz po przekroczeniu granicy parku. Bo…

Po lesie łaziły jelenie! A dokładnie to jakieś wahiti. Całkiem luzem, były nawet młode. Ilu z was widziało „przedstawiciela rodziny jeleniowatych”, dłużej niż 15 minut z odległości mniejszej niż 15 metrów i nie w zoo?? Wrażenie niesamowite.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do Visitor’s Center. Ciągle kropiło a niebo było w setce odcieni szarości. W centrum były piękne zdjęcia kanionu i już przychodziła mi do głowy myśl że na tych zdjęciach cała impreza się skończy. Poszliśmy do kina na film o kanionie a gdy po projekcji otworzyły się drzwi na zewnątrz okazało się że jest tam podejrzanie jasno. Przestało padać a część nieba była nawet milutko niebieska. Podbudowani tą nadzieją wsiedliśmy do autobusu turystycznego wożącego turystów między chyba ośmioma puntami widokowymi. Pół godziny później dotarliśmy do pierwszego z punktów. Kanion jeszcze parował, pod nami plątały się chmury, ale na szczęście wiatr szybko zrobił swoje i zobaczyliśmy pierwsze fragmenty kanionu. Jaki jest Wielki Kanion? W porównaniu do Ojcowa czy Pałacu Kultury i Nauki  jest WIELKICzłowiek stoi na brzegu i widzi pasiaste skały ciągnące się od stóp po horyzont, w lewo i w prawo. Pod stopami kolory są ostre, żółte, pomarańczowe i brązowe. Potem stopniowo robią się coraz bardziej niebieskie. Odległość do drugiego brzegu, który na pewno gdzieś tam jest, robi swoje. W dół jest równie daleko (około 1,5 km). Gdzieniegdzie widać zieloną rzekę Colorado. Mam szeroki obiektyw, ale ciężko objąć te rozmiary w jednym zdjęciu. Świeci słońce, ale temperatura jest bardzo przyjemna. Byliśmy na wszystkich punktach widokowych na zachód od Grand Canyon Village. Zajęło nam to 5-6 godzin, choć w zasadzie nigdzie nie trzeba było się ruszać z przystanków autobusu. Człowiek po prostu wysiada, idzie na brzeg Kanionu i patrzy i patrzy i patrzy…

Gdy już skończyliśmy zwiedzanie zachodniej części południowej krawędzi (South Rim) pojechaliśmy na nocleg do Page. Okazało się że droga wiedzie brzegiem Kanionu i choć tego nie planowaliśmy zaliczyliśmy też przynajmniej połowę punktów z wschodniej części. Po prostu nie mogłem się oprzeć i musieliśmy kilka razy zaparkować i znów spojrzeć w przepaść, choć wiedzieliśmy że do Page jeszcze daleko. Po drodze, już poza parkiem zjechaliśmy trochę na kamienistą drogę, skuszeniu stojącym przy drodze znakiem Splendid view. Opłacało się. Trafiliśmy na jakąś zagubioną odnogę Kanionu z monumentalną kamienną wieżą. A potem przydarzyło się coś dziwnego. Spotkaliśmy Polaków! Pogadaliśmy trochę i zawróciliśmy do samochodu. A potem spotkaliśmy Polaków! Zrobiłem im zdjęcie i wróciliśmy pokręcić po kamieniach żeby jakoś wrócić na asfalt. A gdy pakowaliśmy się do auta … spotkaliśmy Polaków!

Po drodze do Page (jakieś 200 km) nie minęliśmy ani jednego miasta.

Teraz jesteśmy już w hotelu. Pokój jest chyba większy niż nasze mieszkanie…  Nieopodal znajduje się Lake Powell, które ma ponad 3.000 km linii brzegowej i jest drugim co do wielkości sztucznym jeziorem w Ameryce. Ach ta Ameryka…

Jutro jedziemy zwiedzać Antelope Canyon, który jest caaaałkiem inny niż Grand Canyon….

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.