W krainie Indian Navajo

13 lipca 2012

Dziś głównie podróżowaliśmy, bo musieliśmy z Utah dojechać do Arizony. Celem naszej podróży, oprócz Flagstaff, AZ gdzie mieliśmy spędzić noc, była słynna Monument Valley, czyli miejsce które każdy kojarzy ze starych reklam Marlboro i westernów. A swoją drogą pamiętacie reklamę Marsa z Indianinem który najpierw chce umrzeć a potem prosi o randkę z Stokrotką? Kręcili ją przy Delicate Arch, który widzieliśmy wczoraj!

Monument Valley Navaho Indian Tribal Park leży w północnej Arizonie, „niedaleko” Wielkiego Kanionu. Po drodze znów mnóstwo ciekawych krajobrazów, temperatura to bardzo przyjemne 20-kilka stopni (ech, gdyby tak było wczoraj). Jadąc do MV mijamy kilka kanionów z zielonymi rzekami w dole. Na jednej ze skał widzimy gigantyczny napis Hole in the Rock, który okazuje się reklamą zajazdu leżącego po drugiej stronie. Mijamy też skałę Navaho Twins. Kilkadziesiąt mil dalej, skuszeni ciekawym widokiem w oddali zjeżdżamy na chwilę z asfaltu w szutrową drogę i dojeżdżamy po chwili do skały Mexican Hat, która wygląda jak meksykanin w płaskim sombrero. Na szczycie słupa leży ogromny płaski głaz. Chevy jest cały okurzony w pomarańczowym piachu.

Wreszcie dojeżdżamy do Monument Valley. Słońce niestety chowa się trochę za chmurami. Wiem że na tle niebieskiego nieba gigantyczne kwadratowe skały byłyby ładniejsze, ale przez to że nawet lekko kropi, całość jest bardziej nastrojowa. Droga ciągnie się prosto po horyzont, mijamy pasące się dzikie (chyba) konie, jakieś budy w których Indianie próbują sprzedać swoje wyroby, nawet jakiegoś gościa na koniu widać.

Do parku skręcamy w lewo i po 4 milach jesteśmy na miejscu. Przy wjeździe wita nas ciemnoskóra indianka, kupujemy bilet i dojeżdżamy do Visitor’s center. Blado brązowy budynek z dużym tarasem, a z tarasu widok jak z kowbojskiej bajki. To Left i Right Mitten czyli najbardziej znane skały Monument Valley. Seria zdjęć pod każdym kątem, pionowo i poziomo i idziemy do muzeum Indian Navajo a potem do sklepu i restauracji. Niebo powoli się chmurzy. W dole widać wyboistą drogę po której jeepy jeżdzą po parku. Widać też parę osobówek wolniutko krążących między skałami. Nie jesteśmy pewni czy niskie auto, takie jak nasza Impala to wytrzyma, więc nie wjeżdżamy dalej. Z tarasu i tak są piękne widoki. Gdy jesteśmy w sklepie i restauracji zaczyna padać deszcz (a straszyli nas niesamowitymi upałami!!). Indianie nie mają w zasadzie żadnych źródeł zarobku, więc biżuteria i figurki które sprzedają są bardzo drogie. Drewniany „duch”, choć bardzo piękny i ciekawy, wysoki na może 30 cm kosztuje około 80-100 USD a większe jeszcze więcej. Po dwudziestu minutach deszcz przechodzi. Wraz z nim znikają turyści z tarasu a powietrze robi się przyjemnie chłodne i wilgotne. Na tarasie spędziliśmy jeszcze z godzinie. Przez ten deszcz zrobiło się bardzo cicho i spokojnie, trochę czarodziejsko i naprawdę odpocząłem od samochodu. Jeszcze trochę zdjęć na skałkach i jedziemy dalej.

Między Monument Valley a Flagstaff krajobraz znów zmienia się kilka razy, tak jakbyśmy z Ziemi przeskakiwali czasem na Marsa. W oddali widać indiańskie domki, zardzewiałe samochody, jakieś konie. Bida jak cholera. Potem pustynia z jakimiś krzaczkami, raz pomarańczowa, raz żółta, raz szara. Naprawdę jeśli wydaje się wam, że widzieliście kiedyś „nic” od horyzontu po horyzont, to żeby naprawdę zobaczyć to nic, trzeba przyjechać do Arizony. Widoczność może z 50 km we wszystkie strony i ani jednego domu, sklepu, skrzyżowania, reklamy. NIC. Spokojnie mogliby tu kręcić Gwiezdne Wojny. Czasami tylko mija nas wielka ciężarówa. Dość często przychodzą nam na myśl pionierzy odkrywający Dziki Zachód. Dopiero teraz widzę jak ciężki kawał roboty wykonali przecierając szlaki na Zachodnie Wybrzeże. To musiało trwać latami, a jak ktoś miał pecha i odszedł za daleko od rzeki to kaplica.

Mały przebłysk cywilizacji mijamy w Tuba City. Tankujemy, jemy, robimy zakupy w Basha’s i jedziemy dalej. Znów księżyc wokół nas. Wieczorem docieramy do Flagstaff, bo drodze mijając jakieś wulkany(!). Flagstaff to miasto wyglądające „w miarę” europejsko. Są światła, neony, restauracje i trochę mniej Indian, którzy w Tuba City byli wszędzie. Parkujemy i wchodzimy do hotelu.

Zrobiliśmy dziś 370 mil i znów zmieniliśmy strefę czasową. Kolor skóry powoli ciemnieje. W prostej linii jesteśmy 9.433 km od domu…

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.