Arches National Park

12 lipca 2012

 

Zjedliśmy śniadanie w hotelu, kupiliśmy nowy olejek do opalania w sklepie naprzeciwko i pojechaliśmy do Arches National Park, czyli Parku Łuków. Zaczęliśmy przed południem od krótkiej wizyty w centrum turystycznym parku, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i nadzieję na ciekawe pamiątki. Maja była trochę nie w sosie od śniadania, ale w centrum jej się podobało bo było trochę książeczek dla dzieci. A potem pojechaliśmy ostro pod górę na teren parku. Pierwszy postój zrobiliśmy przy Park Avenue czyli skalistej dolinie otoczonej z obu stron wysokimi, płaskimi ostańcami, które widocznie komuś przypominały zabudowę Nowego Jorku i pewnie stąd nazwa.

Mała dygresja na temat samego sposobu zwiedzania parku. Otóż w żaden sposób nie da się go zwiedzać na piechotę. Jest za duży by ktoś poza McGayverem i Chuckiem Norrisem był wstanie ogarnąć taki teren na nogach. W Visitor’s Center bierze się wodę, wsiada w auto i jedzie przez skały i pustynie od jednego punktu widokowego do drugiego. Każdy punkt ma parking dla samochodów, czasem trafiają się też zatoczki na trasie. No i w ten sposób, taką żabką pokonuje się kilkadziesiąt mil. Czasem trzeba podejść z parkingu do atrakcji 15-30 minut. Oczywiście mówię o szlakach oznaczonych jako Easy albo moderate.  Szlaki zaawansowane mogą zająć kilka godzin i na pewno nie są możliwe do obejścia w lato z 105 ‘F w cieniu, ale te od razu skreśliliśmy z planu.

Wszystkie skały są pomarańczowo-żółte i baaardzo strome. Pełno większych lub mniejszych ostańców. Między nimi rosną takie poskręcane na supeł sosny, malutkie kaktusiki, ostrokrzewy i trochę traw.

Pojechaliśmy dalej do Courthouse Towers gdzie dziewczyny z radością poskakały po skałach w towarzystwie jakiś Japończyków i Niemców. Było jeszcze rano, chłodno i dużo cienia, więc nie było problemów. Na zdjęciach zobaczycie jak Courthouse Towers wygląda. Potem pojechaliśmy dalej do Balanced rock czyli kamienia na igle. Ma prawie tyle wysokości co Statua Wolności. Zobaczyliśmy nawet te amerykańskie wiewiórki i jaszczurki.

W kolejnym miejscu odwiedziliśmy  North i South Window oraz Turret Arch, czyli pierwsze potężne łuki skalne. Niedaleko był jeszcze jeden fajny łuk, Julce się bardzo podobało ale Maja zaczęła zmieniać zdanie gdy odciągnęliśmy ją od łopatki i piaskownicy. Garden of Eden zobaczyliśmy tylko przejazdem i pojechaliśmy do Moab coś zjeść.

Obiadek w klimie dobrze nam zrobił i godzinę później wróciliśmy do parku. Po zakupach pamiątek w Visitor’s Center  pojechaliśmy do centrum parku do punktu widokowego pod Delicate Arch. Tu niestety okazało się, że za szybko zwinęliśmy się z Moab i gorąco zaczyna dawać się we znaki (była chyba 15:00), zwłaszcza że trzeba było trochę wyjść pod górę. Ten kawałek był nieudany i dzieci zaczęły narzekać. Podjechaliśmy jeszcze przez kilka ładnych zaułków, których nazw nie zanotowałem i dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki – Devil’s Garden  z słynnym Landscape Arch, czyli łukiem szerokim na 6 metrów i długim na kilkaset. Kończyła nam się woda i chęci, więc dziewczyny zostały w samochodzie a ja poszedłem 1,5 km w głąb Diabelskiego Ogrodu by zobaczyć Landscape Arch. Dobrze że pierwsza połowa wycieczki przebiegała w cieniu, pod urwiskiem i w dość silnym wietrze. W drugiej połowie było tylko słońce i piach, które dość mocno dało mi się we znaki. Dobre dobranie godziny zwiedzania jest  ważne z powodu temperatury, ale również z uwagi na różnice w oświetleniu skał i łuków. Landscape Arch  był niestety dość oporny i w cieniu, wiec nie wiem czy z tych zdjęć da się coś wyciągnąć. Ze szlaku wróciłem bez wody, więc ostatnie kilkaset metrów było ciężko. Przynajmniej ten wiatr i cień pomagały, ale i tak tęskniłem za klimatyzacją. Dziewczyny spały, ale gdy się obudziły były w dobrym humorze.

Wróciliśmy do Green River, mijając po drodze jakiś plan filmowy przy wejściu do Canyonlands. Miasteczko składa się z kilkunastu hoteli, jakiś stacji benzynowych i tak naprawdę wiele w nim nie ma. Na szczęście znaleźliśmy duży sklep spożywczy, bo wizja zakupów na stacji benzynowej i kolacji w Subway-u nie była najprzyjemniejsza.

Zaraz po powrocie do hotelu wskoczyliśmy z dziewczynami do basenu i przywracaliśmy temperaturę i wilgotność ciała do normy przez jakąś godzinę. Szkoda że takiego basenu nie było w samym parku, ale z drugiej strony cześć turystów ciężko byłoby nakłonić do wyjścia i dalszego zwiedzania parku. Między 40 stopniową wodą w jakuzzi a 40 stopniami wśród skał jest jednak „drobna” różnica. W następnym parku zrobimy sobie dłuższą przerwę w dzień i będziemy zwiedzać więcej rano i wieczorem.

Nie wiem czy jutro w hotelu będę miał internet, więc na wszelki wypadek napiszę, że jedziemy do Parku Rezerwatowego Indian Navaho, znanego pod nazwą The Monument Valley. Każdy z was na pewno rozpozna go na zdjęciu, bo to najbardziej popularny przykład krajobrazu Arizony (zmieniamy stan). Tym razem będziemy głównie jechać i podziwiać serce Dzikiego Zachodu. No i spotkamy Indian, mam nadzieję że trochę mniej podrabianych niż ci w Ustce czy Zakopanem.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.