Ze Wschodu na Zachód

11 lipca 2012

Żeby zdążyć na samolot trzeba było wstać bardzo wcześnie, czyli o 5:30 rano. Jeszcze parę dni temu sami budziliśmy się o czwartej czy piątej w nocy, ale jetlag dawno znikł i wstanie tak wcześnie wcale nie było „naturalne”. Na lotnisku w Filadelfii musieliśmy chwilę zaczekać na nasz samolot z rysiem (samoloty Frontier mają na ogonie zdjęcie jakiegoś dzikiego zwierza), ale wolałem zaczekać niż ryzykować że zatrzyma nas jakiś koreczek.

Polecieliśmy do Denver i znów przesunęliśmy zegarki o 2 godziny. W przeciwieństwie do Filadelfii czy nawet JFK, lotnisko w Denver jest bardzo ładne. Ma „materiałowy” dach w kształcie obozu indiańskich wigwamów i ogólnie jest bardzo przyjemne. No i wcale nie takie małe, bo na punkt odbioru bagażu jechaliśmy pociągiem! Chwilę później po „pierwszym obiedzie” wsiedliśmy do autobusu który zawiózł nas do wypożyczalni, gdzie odebrałem zamówionego białego Chevroleta Impalę (5,11 metra, 300 KM). Amerykańskie samochody są duże, ale niespecjalnie wykończone.  Sobie bym takiego nie kupił, ale na 10 dni wystarczy z nawiązką. Grunt że można było włączyć radio, ustawić tempomat i klimę i ruszyć w świat.

Jechaliśmy z Denver w Colorado do Green River w Utah (600 km). W Polsce chyba bym się poddał przy takim dystansie (to jak z Krakowa nad morze) a tu nie dość że pięknie za oknem to jeszcze nic nie trzeba robić (tempomat itp.).

Jak myślicie ile razy skręciłem w ciągu tych 600 km? CZTERY. Serio. Z wypożyczalni na dojazdówkę do międzystanowej I-70, potem na autostradę i jakieś 580 km prosto. Trzeci skręt to zjazd z autostrady a czwarty na parking przed hotelem.

Krajobraz zmieniał się kilka razy. Najpierw były to Góry Skaliste, w zasadzie normalne tyle że bardziej brązowe. Potem myślałem że mi oczy wyjdą. Wjechaliśmy do Glenwood Canyon. Przepis na ten kanion byłby taki:

 – weź najwyższe skałki z Ojcowa

– pomaluj je na pomarańczowo

– rozciągnij w górę 5 razy

– dodaj taką samą skałę po drugiej stronie drogi

– ustaw je 200 metrów od siebie

– środkiem puść autostradę i rzekę po której pływają pontony

– całość ułóż w zygzak o długości 20 km i ładnie oświetl

Aparat zostawiłem w bagażniku, ale zaznaczyłem sobie to miejsce w GPS i jak będziemy wracać w ładnej pogodzie to wam go pokaże (kanion nie aparat).

Potem jeszcze „drugi obiadek” i wjechaliśmy do Utah. Krajobraz iście księżycowy. Jedzie się albo równiną szerokości województwa, z charakterystycznymi dla Dzikiego Zachodu urwiskami w oddali i całkowitym brakiem cywilizacji (żadnego domu) albo przez kolejne kaniony które znów wywołały oczopląsy.

Teraz leżymy już w hotelu, klima schładza pokój a jutro idziemy na pierwszą wielką wyprawę do cudownego świata natury stanu Utah. Ale o tym jutro.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.