Party

8 lipca 2012

Zaliczyłem amerycką mszę. Całkiem fajnie. Melodie podobne, słowa identyczne, księża teatralni. No i gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi to ma wszystko wydrukowane w podręcznej Biblii w ławce. Na słupie wyświetlają się numerki psalmów i można sobie nawet zaśpiewać „America, America… coś tam”. Niby w Polsce też śpiewają Boże coś Polskę…,  ale tu jakoś tak bardziej energetycznie było. Najfajniej było przy samym Chrzcie. U nas, w głęboko katolickim kraju ksiądz coś tam wg schematu poględzi, pomacha i czeka na kopertę a wszyscy generalnie wiedzą o co chodzi, i jakoś się tym nie ekscytują. Tu miałem wrażenie że ksiądz niczym przewodnik w muzeum opowiada zgromadzonym turystom o zwyczajach naszych dziadów z czasów gdy koło było zaawansowaną magią. Latał po całym kościele i tłumaczył każdy gest. Chyba z godzinę mu zeszło. Muszę sprawdzić u wujka Googla czy przypadkiem katolicy nie są w Ameryce turystami.

A w knajpie jak to w knajpie, ciacha, sałatki, steki, ciacha. Imprezy oparte na jedzeniu nie są dla mnie celem życia.

Po party, z wczorajszej listy powtórzyłem wszystkie punkty poza lodami w kokosach. Tyle że zamiast japonek miałem dziś sandały, które nawet mokre były o wiele przyjemniejsze niż te dwa kołki między palcami.

O i świetliki mi się podobały i gra w bule (tyle że nie metalowe a plastikowe). Majka znów szalała w wodzie a potem latała za niewidzialnymi motylami. Widać że jetlag jej mija. Mam nadzieję że jutro zamiast o 4-tej  w nocy obudzi się przynajmniej o 6-tej. A ja albo jetlaga nie mam, albo mam takiego 24 godzinnego.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.