Roger Waters – The Wall (Łódź, Atlas Arena, 18 kwietnia 2011)

Przedwczoraj wróciłem z fajnego koncertu. Legendarna ŚCIANA Pink Floydów na żywo!

Nie jeżdżę na koncerty za często bo mój “nie rmf-owo-zetkowo-eskowy” gust muzyczny sprawia, że mało kiedy pojawia się w Polsce ktoś kogo chciałbym zobaczyć na żywo, a czasem po prostu coś przegapię lub termin nie pasuje.

Jakieś 20 lat temu “ŚCIANA” wywróciła mi świat muzyczny (może nie tylko) i sprawiła że dziś słucham tego czego słucham. Na pewno jest mojej 10-ce wszechczasów. Dziś w samochodzie znów przekonałem się, że tekst całej płyty znam w zasadzie na pamięć. Oczywiście ze wspomaganiem CD, ale mogę bawić się w karaoke (he chyba nikt nie puścił nigdy kawałków z The Wall w barze karaoke :)).

To samo dotyczy filmu z Geldofem jako Pinkiem, ale wróćmy do samego koncertu. Jak ktoś zna The Wall, to wie że w zasadzie od początku jest ściśle związana z filmem i w zasadzie nie da się jej pokazać inaczej. Dlatego podstawową różnicą między tym koncertem a każdym innym (no może za wyjątkiem np. zagrania “Czterech pór roku”) jest to, że od początku do końca wiemy jakie będą utwory, w jakiej kolejności i mniej więcej jak będzie wyglądała scenografia. Musi być po prostu wiernie.

I tak właśnie było. Była więc gigantyczna ściana, był Nauczyciel, Matka i latająca świnia, bombowce, Sąd i kochanka, pokój z lampą i telewizorem, flagi, maszerujące młotki i robale. Spora część wyglądała tak jak w filmie (te same animacje) ale część efektów była już mocno podciągnięta komputerowo (np czasem Ściana latała, łamała się i świeciła na różne kolory, bardzo “trójwymiarowo”).

A sam Waters? No cóż, nie ma co mówić, to już dziadek (67 lat, siwy, pomarszczony) i trochę brakuje mu sił na śpiewanie trudniejszych kawałków. Dlatego czasem zastępowały go chórki albo ktoś z zespołu. Oczywiście gdy ubrał czarne okulary i SSmański skórzany płaszcz wyglądał jak 20 lat temu, ale jak sam śpiewał to tylko taki “disquise”. Muzycznie The Wall jest patetyczne, czasem smutne i tylko z rzadka podchodzi pod “power+fireworks” (może z 5 utworów), ale mimo wszystko całość zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. I zazdroście ci, którzy nie byli tam ze mną.

PS. Ze względów organizacyjnych nie miałem ze sobą aparatu, ale udało mi się nagrać trochę komórką (ledwo wydalała). Więc jeśli dam radę z tego coś sklecić, to zainteresowanym udostępnię jakoś. Tylko pamiętajcie że to nie DVD… A zresztą wystarczy na YouTube zapodać “waters atlas arena” i już macie, bo mnóstwo ludzi nagrywało jak mogło.

PS 2. Adam dzięki za “wskazanie koncertu palcem” i towarzystwo. A na Dream Theater chyba nie pojadę. Może to i fajne, ale boję  się że ogłuchnę i że za słabo mi wychodzi machanie czupryną.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.