Archive for December, 2010

Zszedłem do podziemia

Friday, December 31st, 2010

Wczoraj całkiem przypadkiem zawędrowałem z Julą do podziemi krakowskiego rynku. Muzeum otwarto chyba tuż po wakacjach, ale kolejki odstraszały od zwiedzania. Tym razem mieliśmy trochę wolnego czasu, w mroźny zimowy dzień, poza weekendem kolejka była dużo krótsza, więc pół godziny cierpliwości wystarczyło by wejść. Warto było czekać.

Mogę spokojnie powiedzieć, że jeśli pominiemy muzea mieszczące się w pałacach, piękne z uwagi na wystrój wnętrz, to krakowskie muzeum “Podziemia rynku” (Śladem europejskiej tożsamości Krakowa) jest najciekawszym muzeum w jakim byłem. Jest wysoce interaktywne i w sumie od zwiedzającego zależy ile z niego wyniesie (nie w kieszeniach!).  Przykładowo tuż przy wejściu na podłodze “rozlana” jest wirtualna sadzawka z monetami. Większość ludzi nie zwraca na nią uwagi dopóki ktoś bardziej spostrzegawczy nie zacznie się nią bawić! Otóż po nadepnięciu nogą na “sadzawkę” (której przecież nie ma), od naszej stopy rozchodzą się fale! Całe muzeum jest mieszanką nowych i średniowiecznych technologii. Mamy więc rekonstrukcję haty kowala, otwarte groby, miniaturowe hologramy(!), kilka salek z filmami, gry dla dzieci, mnóstwo(=kilkadziesiąt?) ekranów dotykowych z opisem eksponatów i starego Krakowa oraz setki pierścionków, monet, glinianych koników i innych świadków przeszłości. Naprawdę świetne muzeum!

Parę informacji praktycznych: wejście (nie bilety!) można zarezerwować przez internet tu. Można też odstać swoje i wejść “tradycyjną ścieżką”, ponieważ wejścia internetowe i normalne przypadają naprzemian, co 15 minut. Czyli w praktyce, ludzie z ulicy wchodzą co pół godziny, po około 30 osób (limit!). Bilety kupuje się dopiero po wejściu, na dole. Są stosunkowo tanie: dzieci 10 PLN, dorośli 13 PLN. Zwiedzanie trwa, w zależności od ciekawości zwiedzającego 1-2 godziny, choć jeśli ktoś chciałby wszystko przeczytać i obejrzeć wszystkie filmy to pewnie zeszłoby z 3 godziny.  Oprócz biletu dostajemy pamiątkową mapkę. Nie jest niezbędna do zwiedzania, ale np. ma na sobie kod, który po przystawieniu w pewne miejsce w muzeum pozwala nam zobaczyć coś ‘extra’. Na dole są toalety i sklepiki z winem i świecidełkami. Klasycznego sklepiku z pamiątkami niestety nie ma.

A i jedna część muzeum jest jeszcze zamknięta. Nie da się wejść do Wielkiej Wagi, ale zgodnie z rozpiską ta część zostanie otwarta gdześ w 2011 roku.

Zdecydowanie warto!!!

Płytowe podsumowanie roku 2010

Thursday, December 30th, 2010

Do Nowego Roku został 1 dzień, więc mogę chyba już napisać o płytach, które mnie w tym roku poruszyły. Tym razem jest ich mniej, bo tylko pięć. Oto one:

  1. Monika Brodka (!) – Granda – W  życiu bym nie pomyślał, że spodoba mi się coś co wymyśli gwiazdka Idola. A jednak! Nowa płytka Brodki jest bardzo świeża. Energetyczne piosenki o zaplątanych tekstach, wpadające w ucho ale nie banalne, czasem trochę przypominające Nosowską. Stawiam na to, że “Granda” zostanie w paru  zestawieniach polską płytą roku. Poznałęm ją przypadkiem gdy włączyłem Listę Przebojów Programu Trzeciego. Miała dwa kawałki w pierwszej dziesiątce. Godzinę później zdobyłem mp3 a następnego dnia poleciałem do Empiku. Moje ulubione kawałki to tytułowa “Granda” i ” W pięciu smakach”. Kawałki bez problemu znajdziecie w sieci lub w Empiku. A i żeby komuś potem nie przyszło do głowy słuchać poprzedniej płyty (“One” czy jakoś tak), bo NIJAK się ona ma do znakomitej Grandy.)
  2. ZAZ – ZAZ – płyta francuska, debiut młodej dziewczyny o której w zasadzie nic nie wiem. Nawet nie wiem o czym ta płyta jest, bo francuskiego nie znam ani trochę, ale słucha się świetnie. To znowu kilkanaście żywych i melodyjnych piosenek. Płyta od paru miesięcy nie opuszcza samochodu (podstawowy miernik jakości), a Julka potrafi zaświewać nawet parę zwrotek.
  3. HEY – Miłość, uwaga, ratunku, pomocy! – płyta z samego początku roku, trochę mi już przeszła, ale wiem że wróci.
  4. Katie Melua – The house – wspaniały powrót dziewczyny od 9 milionów rowerów z Pekinu
  5. Kings of Leon – Come Around Sundown – ta płyta powinna być chyba wyżej w zestawieniu, ale dałem paniom pierwszeństwo. Tym razem rock alternatywny, trochę zalatujący U2, trochę Muse, czasem lekkim country z południa USA (no może bardziej Brucem Springsteenem. Płyta zróżnicowana ale ciekawa.

No i tyle

PS: dwa dni temu wpadła mi w ucho Janelle Monáe z płytką ArchAndroid , ale jeszcze nie wiem co o niej myśleć.

AFOL

Thursday, December 30th, 2010

Przyznaje otwarcie : jestem AFOLem (nie idzie się za to do więzienia). AFOL = Adult Fan Of LEGO. No może nie takim prawdziwym, praktykującym, bo układam klocki może raz w miesiącu, a prawdziwy AFOL raz w miesiącu NIE układa klocków. Prawdziwy AFOL ma cały garaż klocków, a ja tylko parę kilo (nie ważyłem, ale ile się może zmieścić w 10-cio litrowym pudełku z IKEI?) W każdym razie obcowanie z tymi małymi kawałkami plastiku sprawia mi wielką przyjemność.

Modele wychodzą mi raz lepsze raz gorsze, ale na te Święta udało mi się zrobić stosunkowo małą, ale za to bardzo sympatyczną szopkę. Jest malutka bo miałem wolną tylko jedną płytkę 8×16 (na pozostałych stoi kamienica z Amsterdamu i domek Julii), a duża 32×32 to jakoś nie ta skala, skoro w tym roku nie mamy choinki. Zrobiłem też jako tako wyglądającego Mikołaja, który zaczął się od tego, że wziąłem do ręki przypadkowy klocek (taki biały skośny dziób od helikoptera) i pomyślałem, że wygląda dokładnie jak broda Św. Mikołaja. No i po paru godzinach wyrósł z tej brody cały Mikołaj. Oba modele można zobaczyć w mojej grudniowej galerii. Kamieniczkę z Amsterdamu też.

A o tym, że daleko mi jeszcze do poziomu prawdziwych AFOLi (choć mam nadzieję, że składam bardziej zaawansowane modele niż przeciętny polski tata), można się przekonać na poświęconej LEGO stronie, którą dość często odwiedzam. Opad szczęki gwarantowany, jeśli ktoś lubi LEGO i próbował sam coś budować. Dla pozostałych pozostaje pewnie pobłażliwy uśmieszek.

Zapraszam na http://www.brothers-brick.com/ 

Prezenty

Tuesday, December 28th, 2010

Kolejne Święta za nami. Kwota wydana na prezenty oscyluje w okolicy roku który właśnie się kończy :). Ale nie o tym miało być, a o tym że jeśli prezent czasami się powtórzy to nie zawsze jest to jakąś tragedią. Mi trafiło się to dwa razy pozytywnie. Raz , jeszcze na studiach, kupiłem sobie na urodziny myszkę komputerową (z dołożonym “gratis” całym komputerem). Po przyjściu do akademika okazało się, że moja Mysza kupiła mi dokładnie identyczną. Ja miałem kupę radości (bo prawdopodobieństwo że dwie osoby kupią ten sam prezent, jeśli nie jest on płytą CD o której ktoś wciąż gada, jest baaardzo małe) , a Myszor się “trochę” zmartwił.

Drugi raz trafiło mi się w te Święta. Dostałem helikopter LEGO. Bardzo udany, opływowy i dość realistyczny model. Tyle że taki sam dostałem rok temu  :)). I znów miałem radochę i znów długo będę ten prezent pamiętał.   Bardziej dlatego że podwójny niż dlatego że helikopter. Zresztą taki sam dostał jeszcze Kuba w Grodzisku i Wiktor w Giedlarowej, więc widocznie helikoptery są w tym roku modne.

PS. Zbiór helikopterów i zbiór podkoszulków nie mają części wspólnej.

Company of Heroes

Tuesday, December 28th, 2010

Tym razem to nie recenzja, tylko luźny tekst. Kupiłem sobie “Company of Heroes” ( w Polsce niewiadomo dlaczego przetłumaczone na “Kompania braci”). Strategia z II wojny światowej z dużym naciskiem na taktykę a mniejszym na szybkie klikanie i strategię “hura na Juzia”. Gra ma klimat Call of Duty z tą poprawką że wszystko jest w 3D ale widzianym od góry i dowodzimy całymi drużynami a nie jednym “bratem”.

Komputer co prawda nie pozwala na wyciągnięcie wszystkich szczegółów grafiki, ale przyjmijmy że dla kogoś kto zaczynał kontakt z komputerem od Sinclaira Spectrum ZX81 i  rozdzielczości 256×192 (czyli w zasadzie 1:100 dzisiejszych topów), nie ma to wielkiego znaczenia.

Gra ma jednak jedną wadę – nie mam czasu w nią grać. Ale kiedyś się wezmę

S7

Tuesday, December 28th, 2010

W Krakowie oddano w listopadzie nowy kawałek drogi S7. Łączy obwodnicę (autostradę 😉 z kawałkiem Huty. Konkretnie parę kilometrów za skrzyżowaniem z czwórką da się wykręcić na północ i dojechać na końcówkę Rybitw. Potem już “normalną” drogą trzeba pozygzakować i przejechać Wisłę mostem Wandy. Do drogi na Sandomierz brakuje 4 km.

No i wczoraj dowiedziałem się że tych 4 km “na razie” nie będzie bo kasy zabrakło.

Kolejna droga w pole a ciężarówy dalej walą po Nowohuckiej. Tak jest przecież lepiej…