Słuchaj uchem a nie brzuchem

Jakieś 10 lat temu (kurcze ale ten czas leci) kupiłem sobie dobre hi-fi (Yamaha+B&W) (audiofile nie śmiać się!)

Raz na jakiś czas nadchodzi ten czas gdy człowiek zastanawia się czy dałoby się niedużym wydatkiem podnieść jakość dźwięku (“złote gniazda”, “kabelek za 200 PLN/metr” itp). Do mnie ten czas przyszedł dziś, w dniu w którym wszystkie sklepy są zamknięte. A jednak udało się!

Zainwestowałem parę złotych (a właściwie żona zainwestowała nieświadomie parę miesięcy temu) i poprawiłem jakość na “ostatnim ogniwie łańcuchu dźwiękowego” – w swoim UCHU! A jak? A tak:

Bierzemy wodę utlenioną, kładziemy się na boku i wysoce precyzyjnym narzędziem (czyli tym co kto znajdzie w domu) wlewamy sobie ją do ucha. Czekamy… i “woda sodowa uderza nam do głowy” a właściwie do ucha. Z chemii zawsze byłem cienki (nawet czwórki się zdarzały 🙂 ), ale wyczytałem w internecie, że któryś z tych nadmiarowych tlenów z wody, jak sama nazwa wskazuje -utlenionej, wiąże się w naturze z woskowiną z uszu ( w przeciwieństwie do cukru który w naturze NIE wiąże się z pomarańczami). Efektem jest “bobelkowanie w uchu” które znakomicie rozpuszcza woskowinę tam gdzie wzrok i patyczek nie sięga. Po pół godzinie (5 minut zastanawiania się co i jak, a potem po 10 minut na każdym z boczków i 5 minut na schnięcie) odpaliłem na nowo Yamahę… i poczułem się jakbym miał sprzęt o 1000 PLN droższy.

Ciężko opisać efekt, bo to nie jest tak że nagle w zespole Rush pojawiło się dwóch nowych muzyków, ale dużo(?) lepiej słyszę te szczegółowe wysokie tony. Pierwsza analogia jaka przyszła mi na myśl to rozciągnięcie histogramu fotografii. Zdjęcie niby takie samo ale wyraźniejsze i sięgające “od bieli do czerni”. Polecam wszystkim ciekawym.

Efekt uboczny jest taki, że teraz lepiej będę słyszał co żona ode mnie chce…

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.