Dwa lata w Malazie

Właśnie skończyłem ósmy, na dziś ostatni wydany, tom “Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” Stevena Eriksona. Pierwszy tom wziąłem do ręki dwa lata temu.

Pierwsze wrażenie? Poraża (a czasem przytłacza) rozległością magii, bogów, spisków, wojen, kultur i ras, splecionych razem w bardzo bogaty świat, przy którym “Władca pierścieni” to w zasadzie opowiadanie o kilku kumplach na wycieczce i złym sąsiedzie za płotem.

Akcja toczy się w świecie targanym wojnami i skutkami dawnych wojen i konfiktów między bogami i rasami. Przez karty powieści przewija się kilkaset(!) postaci (ludzi, nieumarłych, bogów, bogów którzy kiedyś byli ludźmi i ludzi którzy tak naprawdę są bogami)). Z tych kilkuset postaci, około setki przewija się przez całą książkę, co powoduje że w zasadzie nie ma w niej jednego głównego bohatera, ale dzięki temu każdy znajdzie w niej swoją ulubioną postać – złodzieja, skrytobójcę, drużynę saperów, historyka, najbiedniejszego geniusza ekonomii i jego sługę (pradawnego boga), niepokonanego cesarza i wojownika który go zabił, ciamajdowatych strażników i wrednych bandziorów, duchy i demony, sympatycznych nieumarłych “żyjących” od kilkdziesięciu tysięcy lat i kilkuletnie dziecko pracujące w kopalni. Największą zaletą jest duża różnorodność postaci i skomplikowane charaktery. Bardzo często jest tak, że po kilkuset, albo paru tysiącach stron od poznania postaci diametralnie zmieniamy sposób w jaki ją postrzegamy. Zaczynamy rozumieć motywy bohaterów negatywnych, zaczynamy im współczuć lub wręcz stajemy po ich stronie.

Oprócz ogromu świata najbardziej spodobały mi się dwa zastosowane zabiegi. Po pierwsze, bardzo często Erikson pokazuje nam jakieś wydarzenie oczami kilku bohaterów jednocześnie, czasem w skali mikro (ktoś wychodzi z baru, towarzyszymy mu przez kilka akapitów a potem nagle to samo zdarzenie widziane jest przez skrytobójcę z którym leżymy na dachu i myślimy jak najlepiej usunąć przechodnia w dole spośród żywych), a czasem w skali makro, gdzie bitwa lub cała wojna pokazana jest jednocześnie ze strony oblegających i obleganych, pościg z punktu widzenia ofiary i ścigającego. Druga sprawa to coś na co po części wskazuje tytuł cyklu – wielu pozytywnych bohaterów ginie, czasem heroicznie, czasem przypadkiem, co dodatkowo podnosi realizm przedstawionego świata (o ile ktoś przyjmie za realne podróże między światami i to że część bohaterów nie należy do świata żywych).

Książka jest przeogromna w każdym tego słowa znaczeniu. Osiem ksiąg to w sumie 8.230 stron. Wydany w podobnym formacie Władca Pierścieni to raptem 1.400 stron. Teraz rozumiem dlaczego Tolkien twierdził, że jedną z podstawowych wad Władcy, zgłaszanych przez czytelników jest to, że książka jest za krótka. W przypadku “Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” na pewno tak nie jest. Oczywiście przy takiej objętości Erikson nie ustrzegł się od paru “filozoficznych dłużyzn” których zrozumienie, choćby częściowe, wymaga dużego samozaparcia i szczerze mówiąc mnie przerosło, ale nawet jeśli wytniemy te ciężkie fragmenty to i tak zostanie z tego prawie “metr” twardego fantasy.

Zdecydowanie polecam, choć z uwagi na objętość, na przewracanie kartek należy sobie zarezerwować przynajmniej pół roku intensywnego czytania. Podobno dwa tomy jeszcze przed nami.

Jedno zdanie na koniec – większości ludzi “Fantasy” kojarzy się z jednym schematem: “Młody chłopak, bida z nędzą, odkrywa w sobie powołanie do zbawienia świata, albo ktoś, zwykle jakiś mag uświadamia mu, że celem jego życia jest uratowanie świata od Strasznego-Złego, który wcześniej zwykle zrobił temu chłopakowi, albo komuś za płotem Coś-Złego. Żeby uratować świat ma pójść w Straszne-Miejsce , pokonać Zezowatego-Potwora i przynieść Cudowną-Rzecz, która sprawi że Straszny-Zły zesra się w gacie.” To tak jakby uważać że cała muzyka to mniej więcej “Wlazł Kotek na płotek i mruga”, tylko trochę inaczej zagrany. To czego dokonał Erikson, czy np. George Martin w swojej “Pieśni Lodu i Ognia” to ZUPEŁNIE inna klasa. To klasyka literatury fantasy, zasłużone miejsce w pierwszej piątce powieści tego gatunku.

A teraz przede mną “Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego. Napisana w latach siedemdziesiątych, kolejna obowiązkowa pozycja z kręgu fantasy i fantastyki. Liczę że również ona mnie nie zawiedzie.

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/steven_erikson/przyplywy_nocy_tw/recenzja

http://malazanempire.com/site/index.php

http://www.biblionetka.pl/bookSerie.aspx?id=7098

http://www.biblionetka.pl/stats.aspx?genre=20

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.