Zmiana adresu bloga

August 21st, 2012

Od dziś blog jest dostępny pod adresem

http://www.tslupek.com/wordpress/

i ma trochę więcej funkcji

O dwóch takich co ukradli noc

July 29th, 2012

26-27 lipca 2012

Pakowanie, jechanie, latanie i więcej latania i więcej jechania. Po południu pojechaliśmy na lotnisko JKF (brudny staroć, nijak się mający do eleganckiego Denver czy niemieckich lotnisk) a potem sruu (a właściwie srrrrrrruuuuuuuuuuuuuu bo trochę to trwało) do Helsinek i z Helsinek do Warszawy. Prawie nie spałem bo Maja koło pierwszej w nocy dostała weny kucharskiej i co chwilę pytała co mi ugotować. A mi się już oczy przewracały do spania. Noc była niestety krótka. Trwała może z 1-2 godziny. Poczułem to już w Warszawie. Co więcej napadły na mnie polskie drogi i sprzęgło we własnym samochodzie. Po 5000 km przejechanych automatykiem trochę nie wiedziałem co robić z lewą nogą, wychodziłem na wysokie obroty, parę razy szarpnęło bo zapomniałem wcisnąć sprzęgło przy hamowaniu. Na szczęście byliśmy na południu Warszawy i nie było ruchu, więc po paru kilometrach polskie odruchy wróciły i dało się jakoś jechać. Niestety polskie drogi wróciły ze zdwojoną siłą. Do Krakowa, z przystankiem na obiad jechaliśmy 6 godzin, z czego połowę prowadziła Mysza, bo samolotowa noc z Mają trochę mnie zmęczyła. Podejrzewam, że Amerykanin na polskich drogach by osiwiał i widzę to dopiero teraz. Mam wrażenie że te drogi wybudowano specjalnie w sposób który ma utrudniać jazdę. Te ciągłe zakręty, zmiany prędkości, brak pasów do lewoskrętu, brak pasów do wyprzedzania, wyboje i światła co chwilę, setki znaków, które nie wiadomo co znaczą (dla Amerykanina). W Stanach, poza metropoliami, znaki drogowe prawie nie istnieją, inne auta niewiele cię obchodzą, bo zawsze można je wyprzedzić na długiej prostej ( na zachodzie USA drogi składają się w 95% z długiej prostej) a u nas to dopiero jest Dziki Zachód…

 Jutro może napiszę jakieś podsumowanie a potem jak mi się zechce to wkleję jeszcze po 2 zdjęcia pod wcześniejsze posty. Galerię uzupełnię pewnie w sierpniu.

Downtown

July 29th, 2012

25 lipca 2012

Drugi spacer po Manhattanie. No może nie do końca spacer, bo jeździłem też metrem i pływałem promami. No i może nie do końca po Manhattanie bo pchnęło mnie też na Brooklyn, Ellis Island i tą wysepkę ze Statuą Wolności. Ale od początku.

Pojechałem pociągiem na Grand Central. To chyba najwygodniejszy sposób dotarcia do centrum. Podróż trwała 1,5 godziny ale w zasadzie całą przegadałem z jakąś starszą amerykanką o pierdołach. Było przed południem, więc trochę się poplątałem po szlaku poprzedniego wypadu i wykorzystałem drugą szansę do zdjęć (Chrysler Building, biblioteka, FlatIron, Empire). Potem wsiadłem w metro i pojechałem na południe pod City Hall i budynek Woolwortha. Budynki są o wiele ładniejsze niż na środkowym Manhattanie. Pojawiają się kolumny, pilastry i inne ozdoby. Jest też mniej szkła a więcej marmurów. Z placu przed City Hall wjeżdża się na Brooklyn Bridge. Przez środek mostu wiedzie drewniana kładka dla pieszych i tą kładką, krok po kroku dotarłem aż na Brooklyn. Przejście przez most to pewnie ze 2 km, bo dość głęboko wbija się w ląd po obu stronach. Zszedłem na nabrzeże, żeby zrobić parę zdjęć panoramy Downtown i Mostu Brooklyńskiego. Po drodze trafiłem niechcący na jakiś plan filmowy. Jakiś murzyn chciał mnie zatrzymać w alejce, że niby „Movie, movie” ale po chwili mnie puścił i trafiłem między jakąś pannę młodą, facetów w garniturach i kamery. Na dole nad rzeką kursował prom, więc zamiast wracać na most, kupiłem bilecik i dosłownie po 2 minutach byłem już na nabrzeżu pod Wall Street. Jest tam Southstreet Seaport w którym stoi kilka starych statków (niestety widać że starych). Odpocząłem chwilę na krótkim molo i poszedłem do labiryntu wieżowców Downtown. I tam rzeczywiście jest ładnie. Plątają się goście w garniturach, policjanci, jest mało samochodów. Jest też w miarę cicho i chłodno. Woda z trzech stron i cień od wieżowców powodują że powietrze jest jak w Zakopanem. Już nikomu nie uwierzę, że Nowy Jork to upał, wilgotność i masakra. Większą masakrę mam w Krakowie i nie narzekam. Ciasnymi (w proporcji do wysokości ścian) uliczkami dotarłem do byka będącego symbolem amerykańskiej giełdy, pod którym stała kolejka turystów robiących sobie zdjęcia, a potem minąłem adres „Broadway 1” i poszedłem na sam czubek Manhattanu, czyli do Battery park. W parku jest kilka pomników patriotycznych, m.in. lekko pogięta i podziurawiona kula która wcześniej stała w World Trade Center. Nad wodą przycumował prom turystyczny do Statuy Wolności, więc szybciutko podreptałem po bilecik i kilkanaście minut później byłem już pod amerykańskim symbolem wolności. Statua jakiegoś wielkiego wrażenia nie robi, bo np. Matka Rosja w Kijowie jest od niej większa (ta amerykańska nadrabia wysokim cokołem), ale zawsze warto sprawdzić własnoocznie. Za to panorama Manhattanu jest bardzo ładna. Później promem trzeba popłynąć na Ellis Island do muzeum imigracji. W muzeum jest dużo zdjęć i rycin dokumentujących kolejne fale imigracji i całą procedurę z tym związaną (badania lekarskie, badania psychologiczne itp.). Nic specjalnego, ale ja po prostu wolę muzea dotyczące starszych okresów historii. Mniej więcej po godzinie znów wsiadłem na prom i wróciłem do centrum. Poszedłem jeszcze pod 9/11 Memorial, czyli miejsce po World Trade Center, ale było trochę zbyt patetycznie i mimo iż zwiedzanie jest darmowe to sobie odpuściłem. Całość to jeszcze wielki plac budowy, bo tuż przy miejscu w którym stało WTC powstają nowe błyszczące wieże. Gdy je widziałem były już gotowe w 80%. Na koniec wróciłem pod Woolwortha i wsiadłem do metra. Pół godziny później wysiadłem na Times Square. Byłem tam wcześniej, ale tym razem plac zaczynał gęstnieć, bo zapaliły się te wszystkie ruchome reklamy które znamy z filmów i zdjęć, więc było ciekawiej niż w południe. Gdyby nie to że mieszkaliśmy w Mahopac zostałbym dłużej. A tak wsiadłem w pociąg i pojechałem do domu. Druga wizyta pokazała mi trochę przyjemniejsze oblicze miasta. Żałuję tylko że nie poszedłem do China Town  i MET. Ale cóż, może następnym razem…

Swimming in water

July 25th, 2012

24 lipca 2012

Dziś byliśmy w aquaparku. Baseny, rury, rury do zjeżdżania pontonem, basen z falami, basen bez fal, rzeka z pontonikami, jakiś Bob Budowniczy dla dzieci, leżaki, piasek itp. No i tyle. Każdy widział już jakiś aquapark. Jedna ciekawostka która będzie mi się z tym aquaparkiem kojarzyć to to, że jak poszedłem kupić żarełko, to przy kupnie “crispy chicken sandwich” babka OSTRZEGAŁA mnie, że w kanapce jest sałata, pomidor i coś tam jeszcze i czy może być, a jak nie chce to ona wyciągnie. U nas ostrzegają gdy coś jest pikantne, a tam ostrzegają przed kawałkiem naturalnego jedzenia. Bo jak amerykanin zamiast chemi zje trochę zieleniny to pewnie go alergia dopadnie i padnie.

Dzień przerwy

July 25th, 2012

23 lipca 2012

Miałem jechać do NY, ale pogoda była rano średnia, więc zostałem „w domu”. Pojechaliśmy za to na zakupy. Mysza kupowała ciuchy a ja dokończyłem zakupy gier Nintendo. Mam już dwa Laytony, dwie Cooking Mamy, dwa Dragon Questy i Golden Sun’a. Jakimś cudem w USA mogą kosztować po 20 USD, a u nas jakimś cudem nie mogą.

I did it my way

July 25th, 2012

22 lipca 2012

„Byłem w Nowym Jorku, byłem i widziałem” śpiewał Turnau bez zachwytu. No i właściwie szału nie ma. Ale od początku.

Początek był bardzo fajny. Ponieważ było nas trochę dużo, ja z Mateuszem pojechałem pociągiem a babki samochodem. Pociąg jechał jakąś godzinę przez tereny w zasadzie „polskie” (no za wyjątkiem cmentarzy złożonych z „tabliczek” zamiast „pudełek” i po chwili ciemności zajechał na Grand Central. A potem wyszliśmy na powierzchnię. No i okazało się że Nowy Jork  jest przereklamowany. 5 Aleja jest węższa niż Marszałkowska w Warszawie czy Aleje w Krakowie. Wieżowców dużo, ale jakoś tak myślałem że będą wyższe a parki większe. Zieleni prawie nie ma (za wyjątkiem Central Parku który jest wyłącznie zielenią).  Mnóstwo murzynów i sklepików z niewiadomo czym. Przeszliśmy z Mateuszem do Times Square (ma szanse się podobać, ale w telewizji wygląda lepiej) a potem do Central Parku. Park jest bardzo fajny, bo różnorodny. Od wygolonych (prawie golfowych) trawników i boiska do gry, przez jeziorka, po „dzikie” tereny ze skałami, wąskimi krętymi chodniczkami i lekkim syfkiem (taki polski las).

Umówiliśmy się pod American Museum of Natural History. Był to pierwszy i najważniejszy punkt wycieczki. Dla mnie właśnie to muzeum jest główną atrakcją Nowego Jorku. Wcale nie Empire State Building czy Statua Wolności. Bo Empire czy Statua to budowle na które można popatrzeć z kilku stron i w zasadzie tyle. A w muzeum jest tyle eksponatów (zaryzykuję rząd wielkości „dziesiątki tysięcy”), że z każdej z sal można by w Polsce zrobić oddzielne muzeum. I co ważniejsze nie są to garści kamieni czy dziesiątki identycznych monet ale pełen przekrój przez życie na Ziemi. Mamy więc mnóstwo wnęk z wypchanymi zwierzętami, ale nie stoją one „na patyku” tak jak u nas, tylko w w pełni zaaranżowanym środowisku, na tyle realnym, że osoba o słabym wzroku nie odróżni zdjęcia „z klatki” od zdjęcia rzeczywistego. No i nie są to tylko lisy, ale głównie potężne nosorożce, bizony, niedźwiedzie i inne wielkie zwierzęta. Są też gabloty ze sztuką Indian z Ameryki Północnej i Południowej, ludów Afryki, Azji i wysp Pacyfiku, w każdej sali gra nastrojowa muzyka. Dużą atrakcją jest  wystawa dinozaurów i innych wymarłych zwierząt gdzie zgromadzono ponad 100 różnych szkieletów, w tym z 10 takich naprawdę dużych (tyranozaur i spółka). Są sale z meteorytami, minerałami, planetami, jakimiś pajęczakami i rybami. Duże wrażenie robi „plasterek” wycięty z sekwoi. Ma średnice jakiś 5-6 metrów. W sali wodnej pod sufitem wisi wielki kalmar i meduza. Największym eksponatem jest model wieloryba wiszący w dwupiętrowej sali. Tak na oko to ma objętość ze dwóch autobusów. Łaziliśmy po muzeum trzy godziny, czasem wolniej, czasem szybciej. Muzeum ma tylko jedną wadę – nie wolno w nim jeść. Niby naturalna rzecz, ale przy takiej skali daje w kość.

Po muzeum plany nam się trochę zmieniły, bo babki po krótkim spacerze w kierunku Lincoln Center straciły ochotę na oglądanie reszty miasta i nie dały się namówić na jazdę metrem. Rozdzieliliśmy się (poszły na sklepy) i resztę miasta zwiedzałem już sam. Po paru minutach doszedłem do Lincoln Center (plac z ascetycznymi budynkami z arkadami i fontanną) a potem wsiadłem w metro i pojechałem do Rockefeler Center. Metro w NY to bardzo fajna rzecz. Może nie grzeszy pięknością (niskie korytarze, żeliwne słupy, białe płytki na ścianach), ale za to wagony są czyste, klimatyzowane i dojeżdżają wszędzie w mgnieniu oka. Można sobie kupić kartę Metrocard ważną na metro i autobusy MTA, co ułatwia rozliczenia, zwłaszcza że na jednej karcie może jechać do 4 osób jednocześnie. Po 5 minutach dojechałem pod Rockefeler Center. Jeśli pamięta się przybliżeniu położenie jakiejś atrakcji na Manhatanie, mapa jest w zasadzie nie potrzebna. Ulice są ponumerowane i leżą w tej samej odległości, więc można określić czy mamy kierować się na północ (numerki rosną) czy na południe (maleją). Dopiero na dolnym Manhatanie numerki znikają i pojawiają się  nazwy. Tak więc wystarczyło pamiętać że Rockefeler Center jest przy 50-tej ulicy i nie było problemu z dotarciem na miejsce. Na Rockefeler Plaza jest kawiarnia, stoją flagi i złoty Prometeusz, którego chyba wszyscy kojarzą. Za rogiem jest też trochę mniej znany Atlas. Cel mojej wędrówki leżał jednak trochę gdzie indziej, a konkretnie 70 pięter wyżej na Top of the Rock. To taras widokowy na szczycie Rockefeler Center. W przeciwieństwie do Empire State Building polecam, bo raz że tańsze, a dwa że nie ma kolejek i od decyzji o wejściu do szczytu dachu mija może z 10 minut (z czego minuta w windzie o szklanym dachu). Widoki też pewnie ciekawsze, bo Central Park jest bliżej, widać Chryslera i MetLife (na starych zdjęciach to był PanAm). No i przede wszystkim dobrze widać sam Empire State Building. Na pewno widać go lepiej niż samego Empire, choć trochę pod słońce. Na górze spędziłem z pół godziny i zjechałem w dół.

Potem wskoczyłem w autobus i podjechałem pod Empire. Jak się stoi tuż pod to robi wrażenie, bo szczytu nie widać, a jak się trochę odejdzie w bok, zaczyna być fotogeniczny. Niestety fotografowanie wieżowców w NY nie jest proste, bo raz że ledwo mieszczą się w kadrze (na szczęście mam obiektyw zaczynający się od 24 mm) a dwa że jest duży kontrast i albo niebo jest białe albo ściany czarne. Po iluś tam próbach da się wypośrodkować i coś tam uzyskać, ale żeby zrobić zdjęcie „na ścianę” musiałbym mieć więcej czasu.

I znów skok do metra i podjazd kilka minut pod Flatiron Building (Żelazko). Był widoczny w oddali i w zasadzie można do niego dojść, ale po co skoro metrem jest szybciej i wygodniej. Pod Flatiron trafiłem na jakąś manifestację Meksyków, ale nie wnikam w lokalne spory, więc trochę popstrykałem i pojechałem dalej. Trafiłem na Washington Square, czyli jedyne miejsce które ma jakiś przyjemniejszy nastrój. Siedzą studenci, gość gra na fortepianie, jest duża fontanna i łuk tryumfalny, ktoś kręci film, jakaś grupa tańczy capoeirę. Miodzio. Jest tak trochę jak na krakowskim rynku, tyle że ciaśniej, bo dużą część placu zajmują drzewa. Potem ostatni skok do metra i wróciłem na Grand Central. Właśnie takimi skokami trzeba zwiedzać NY, bo łażenie po ulicach jest kapkę bez sensu. Ani ładne ani ciekawe. Ot sklepy, żółte taksówki i murzyny. Resztę atrakcji zostawiam na inny dzień, bo słońce jest już daleko na zachodzie i zdjęcia chyba nie wyjdą. Jutro dzień przerwy (zakupy?).

Buda z Buddą

July 25th, 2012

21 lipca 2012

Pisze bloga z opóźnieniem, bo coś się nie chce komp z siecią połączyć.

Nic nie robimy. Siedzimy u Marty i Mateusza, żremy, grillujemy, obrabiam zdjęcia żeby wam szybciej pokazać. Łazimy po Mahopac ( a to jeziorko, a to straż pożarna a to jakieś Shalom Centre). Luzo-bluzo bez patrzenia na zegarek.

No i byliśmy w jakimś Chuang Yen Monastery koło Carmel. Najpierw slalom przez las, potem slalom przez jeziora i wreszcie dojechaliśmy.  W alejce stoją jakieś kamienne grube japońce i słonie a wprost przed nami japońska budowla z czerwonym, wielopoziomowym, lekko wygiętym dachem i ogromnym okrągłym oknem na przedniej ścianie. Taki klasyczny japoński pawilon, jak z Mulan. Z jednej strony wiata z jakimś dzwonem, z drugiej równie duży bęben. Przed wejściem ściągamy buty.  W środku jest jedna wielka sala z białym kilkunastometrowym posągiem Buddy siedzącym w takim jakby kwiatku zrobionym z tysięcy malutkich Buddów. Drewniana podłoga, mięciutkie ale lekko szorstkie wykładziny. Boso chodzi się bardzo przyjemnie. Plątają się jakieś japońce, jest cicho i relaksująco. Wziąłem sobie na pamiątkę jakieś ichniejsze krzaczki. Chyba nigdzie ich nie powieszę, ale może gdzieś się miejsce w pracy znajdzie. Potem poszliśmy jeszcze nad stawik z krwiożerczymi karpiami, które prawie nauczyły się latać żeby tylko zjeść trochę tosta którego ktoś im rzuci z mostku. Nawet jakieś żółwie były. Ale nie skakały. Widocznie były trochę bliższe filozofii buddyzmu niż te karpie.

Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja

July 25th, 2012

19-20 lipca 2012

Te dwa dni to w zasadzie tylko przemieszczanie się z punktu A (Richfield), przez punkt B (Denver) do punktu C (Nowy Jork). Pierwszy dzień można w zasadzie streścić jednym zdaniem, które „powiedział” do mnie nasz Dziki Pies (GPS):

– Jedź 456 mil prosto, a potem skręć w prawo.

Co też uczyniliśmy. Wbrew pozorom było dość miło bo amerykańskie drogi to całkiem inna bajka niż polskie. Zawsze masz przynajmniej 2 pasy w jedną stronę, nawet wyprzedza się sennie, bez emocji, bo można wyprzedać np. przez kilometr czy dwa, a tempo zależy w zasadzie tylko od różnicy prędkości ustawionych na tempomatach obu aut. Tylko ostatnie mile przed Denver były do dupy bo trafiła się jakaś dziura w autostradzie, którą jak to bywa z dziurami należało zatkać korkiem. Korek miał z 10 mil i kosztował nas ponad godzinę toczenia się w żółwim tempie. No i przez to mój wieczorny spacer po Denver był samotny i trochę krótszy, bo z dziećmi wieczorem pójść już się nie dało. Gdyby ktoś miał specjalnie lecieć do Denver żeby coś pozwiedzać, to niech od razu wybierze jakieś inne miejsce. Ot trochę wieżowców, jedna deptakowa ulica The Mall czy jakoś tak, jakieś namiastki parków, szwędający się murzyni i to wszystko.

Z wieczornych rozrywek mieszkańcy Denver lubią chodzić do kina i się w nim strzelać. Czarny humor, ale jak lecieliśmy w samolocie to z telewizji dowiedzieliśmy się że niedaleko naszego hotelu w Denver jakiś debil zaczął strzelać w kinie i zabił 12 osób. Ech.

 Na drugi dzień oddaliśmy auto i polecieliśmy do Nowego Yorku a potem jeszcze kawałek na północ do Mahopac. Pomijając Big Apple cała droga do Mahopac wygląda „normalnie jak w Polsce”. Czyli lasy liściaste i jeziorka. W porównaniu do Dzikiego Zachodu ten „normalny” krajobraz wygląda bardzo agresywnie. Drzewa przy drodze , zieleń bez przerw i brak horyzontu oddalonego o przynajmniej 50 mil powodują że ma się wrażenie że wszystko na ciebie włazi. Mogę to porównać z powakacyjną akomodacją oka. Przed urlopem, człowiek siedzi i patrzy w monitor, książkę, jakiś papier. Generalnie blisko. Naturalne jest skupienie oka 1-2 metry od nas. Żeby spojrzeć w dal, trzeba „wytężyć wzrok”.  Na wakacjach, oko przestawia się na podziwianie krajobrazu i tylko czasem wraca na coś bliższego. U mnie objawia się to tym, że jak jadę autem na urlop to skupiam się na aucie tuż przede mną, a spojrzenie w dal jest delikatnie trudniejsze. Gdy wracam jest dokładnie odwrotnie. No a teraz wyobraźcie sobie, że oko patrzyło przez 10 dni kilka-kilkadziesiąt kilometrów przed siebie, a teraz po 10 metrach napotyka na ścianę lasu. Jutro odpoczywamy, więc pewnie mi przejdzie. A potem zmieniamy „Hi-way” na „My way” czyli jedziemy do Nowego Jorku  i będę przestawiał wzrok z patrzenia w dal i w dół na patrzenie w górę.

A hell of a place to lose a cow

July 19th, 2012

18 lipca 2012

Dziś napiszę krótko, bo dzisiejsze zwiedzanie, choć krótkie dało mi trochę popalić. Odwiedziliśmy zaczarowaną krainę Bryce Canyon. To ostatni z parków jakie chcieliśmy odwiedzić i był chyba najbardziej oryginalny, przynajmniej z wyglądu. Na pewno w google’u bez problemu znajdziecie charakterystyczny krajobraz Bryce przypominający nieco turecką Kapadocję. Cały Bryce Canyon to kilka amfiteatralnych niecek wypełnionych po brzegi ostańcami Hoodoo. Hoodoo w uproszczeniu wygląda tak, jakby ktoś z kolorowego błota robił ręką babki i stawiał je jedna na drugą, aż iglica osiągnie kilkanaście do kilkudziesięciu metrów. W Bryce takich iglic są tysiące a ich kolory zmieniają się warstwami. Mamy więc brąz, pomarańcz, żółty, biały, różowy i seledyn. Niektóre iglice stoją samotne, inne są połączone w bajeczne mury, baszty, zamki, organy.

Zwiedzać park można na dwa sposoby:

– przejechać się do punktów widokowych, gdzie ze skraju skalnej niecki rozciągają się kosmiczne krajobrazy z tysiącami wielokolorowych iglic,

Albo

– zejść na dno niecki poprzez labirynt murów, iglic i korytarzy.

My połączyliśmy te dwa sposoby. Najpierw zeszliśmy w dół szlakiem Queen’s Garden i wyszliśmy pod górę szlakiem Navajo Loop. Trasa ma około 4-5 km i zajmuje jakieś 3 godziny. Park leży na wysokości około 8000 stóp, czyli ponad 2500 metrów. Początek i środek jest bardzo przyjemny, bo najpierw schodzi się między iglicami w dół a potem idzie sosnowym lasem dnem kanionu. Niestety ostatni kilometr to droga przez mękę, choć widoki to rekompensują. Za jednym z zakrętów zaczyna się formacja zwana Wall Street czyli wysokie na kilkadziesiąt metrów beżowo-brązowe piaskowe wieże i mury. I znów dystans między nimi stopniowo się zmniejsza a szlak zaczyna coraz bardziej stromo piąć się w górę. Maja przez 2/3 drogi była bardzo grzeczna, opowiadałem jej o tym że idziemy przez zamek w którym mieszkała indiańska królowa, szukaliśmy wiewiórek, słuchaliśmy cykad, budowaliśmy piramidki z kamieni. Potem niestety gdy szlak zaczął piąć się w górę, wziąłem ją do nosidełka i noga za nogą powlokłem się w górę. Górskie ciśnienie zaczynało dawać znać o sobie. Na końcu Wall Street nogi ledwo się podnosiły, choć widoki były wspaniałe. Najpierw iglice pięły się nad nami, a potem stopniowo coraz bardziej to my wdrapywaliśmy się na dachy wieżowców. Na końcu czekała nas ciekawa formacja Thor’s Hammer, ale przyznam że z punktu w którym byliśmy za bardzo wlepiała się w tło. Żeby ją w pełni docenić trzeba było ponownie zejść kawałek w kierunku dna kanionu, a na to nie miałem już sił. Wyczerpani dotarliśmy w końcu na szczyt kanionu i autobusem wróciliśmy do naszego samochodu. Po krótkim orzeźwieniu (kapitalny sok The Naked,  lody itp.) wsiedliśmy do auta by docenić piękno kanionu z dwóch punktów widokowych The Bryce Point  i The Inspiration Point. Ten pierwszy zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wychodzi się na brzeg kanionu a w dole widać tysiące iglic we wszystkich kierunkach. Dosłowny oczopląs. The Inspiration Point wygląda podobnie. Na koniec klasycznie krótka wizyta w Visitor’s Center, zakup drobnych pamiątek i w drogę do hotelu. Dziś śpimy w Richfield, ale wyczerpani zwiedzaniem Bryce Canyon nie mieliśmy ochoty na spacer po mieście. Nowe siły wstąpiły w nas na chwilę na basenie, ale przecież nie można się moczyć w nieskończoność.

Jutro chyba nic nie napiszę, bo czeka nas po prostu „film drogi” czyli przejazd z Richfield do Denver, a blisko to nie jest… Jeśli przyjedziemy o ludzkiej godzinie i będziemy mieli chęć, to może jeszcze na chwilę wyjdziemy wieczorem na miasto, ale coś czuję, że największą rozrywką będzie zmieszczenie zawartości bagażnika Impali do dwóch walizek i trzech plecaczków, tak by nie mieć nadwagi.

No i nie wyszło krótko…

Okładka National Geographic

July 18th, 2012

17 lipca 2012

Rano wróciliśmy do Page. Odległość niewielka ale zapomniałem że „po drugiej stronie ulicy”  jest już inna strefa czasowa i pod Antelope Canyon Tours przyjechaliśmy godzinę za wcześnie. Wykorzystaliśmy ten czas na drugie śniadanie. Z ciekawości poszedłem też do Wal-Mart-a. Można tam kupić wszystko, od wędki, przez gry Nintendo po rybki w akwarium. Ja akurat wyszedłem z kartą sieciową do telewizora.

A potem zostawiliśmy cywilizację, wsiedliśmy na jeepa na wielkich resorach i pojechaliśmy na pustynię dnem wyschniętej rzeki. Trzęsło i waliło piachem, ale pół godziny później zajechaliśmy do miejsca gdzie piach kończył się skałą ze szczeliną. Przed nią stało jeszcze kilkanaście podobnych terenówek i wszyscy szykowali aparaty. Dojechaliśmy do Antelope Canyon, czyli kanionu szczelinowego we wnętrzu skamieniałej wydmy. Bardzo miła indiańska pani przewodnik, która była jednocześnie kierowcą naszego jeepa zaprowadziła nas do miejsca, które na pewno było kiedyś na okładce National Geographic. Antelope Canyon  to szczelina szeroka na 1-10 metrów, wysoka na kilkanaście metrów i bardzo kręta. Cały kanion ma około mili długości i powstał w miejscu, gdzie dawno, dawno temu rzeka musiała przecisnąć się przez nieco twardszy piaskowiec. Czasami było tak wąsko że musieliśmy zaczekać żeby przepuścić turystów wracających z wcześniejszej wycieczki. Skały mają kolor pomarańczowo-różowy i wiją się miękkimi łukami we wszystkie strony. Od czasu do czasu gdzieś z góry pada promień światła budzący na ścianach i podłodze kanionu świetlne refleksy. Promienie światła można dodatkowo podkreślić rzucając w powietrze garść piasku. Miejsce jest naprawdę czarodziejskie,  jedyne na świecie i warte swojej ceny. Wycieczki są organizowane przez Indian Navajo w określonych godzinach, bo żeby wywołać te wszystkie tęcze w kamieniu konieczne jest choć trochę światła, które wpada do kanionu przez wąskie szczeliny gdzieś na górze. No i oczywiście im lepsza godzina, tym wyższa cena. Dodatkowo organizowane są wycieczki dla fotografów, podczas których do kanionu wchodzi tylko 12 osób i mają one trochę więcej czasu na rozstawienie statywu i inne foto-zabawy. Taka przyjemność kosztuje ponad 80 USD od osoby. My na zwykłej wycieczce zapłaciliśmy  połowę mniej a zdjęcia i tak będą super. Mam tylko nadzieję, że piasek na pustynnej przejażdżce nie wlazł do aparatu, bo uszczelniany mam tylko obiektyw.

Po południu, poszliśmy na spacer po Kanab, czyli miasteczku gdzie kiedyś stacjonowały ekipy filmowe kręcące ¾ amerykańskich westernów. Co chwilę przy chodniku stoi tabliczka z jakąś westernową gwiazdą. Jest nawet malutkie muzeum Dzikiego Zachodu i parę stylizowanych sklepików z pamiątkami. Poza tym to typowe amerykańskie miasteczko z szeroką czteropasmową ulicą w środku, pełne stacji benzynowych, hoteli, fast-foodów, sklepików z pamiątkami i innych budynków w których nie wiem co jest ale pewnie powodują one, że mieszkańcy Kanab nie muszą nigdzie wyjeżdżać by zdobyć wszystko co im do życia potrzeba. Trzeba pamiętać, że do kolejnego większego miasta jest jakieś 100 km, a Leżajsk to przy takim Kanab istna metropolia